piątek, 15 sierpnia 2014

Rozdział 5: Arladia.

Po chwili pojawiliśmy się w przedpokoju u nas w mieszkaniu. Natychmiast po wylądowaniu puściłem rękę ojca i odsunąłem się  na bezpieczną odległość. Zauważyłem jak przez twarz taty przebiegł grymas żalu. Ojciec podszedł do drzwi i powiedział:
-Absconde!
To samo zrobił ze wszystkimi oknami w domu. Następnie gestem nakazał mi, żebym usiadł na kanapie w salonie. 
-Co zrobiłeś? - spytałem
-Muszę być pewny że żaden z Niemagicznych nie usłyszy o Arladii, dlatego rzuciłem zaklęcie maskujące. "Absconde" zapobiega wykryciu magii w całym domu, a po za tym nikt nas nie usłyszy, ani nie zobaczy. 
W tamtej chwili spojrzałem na ojca jakby dopiero co wrócił z Zakładu Psychiatrycznego na Atlantydzie. Czy on siebie słyszał? Zaczął gadać o jakiejś Magii, Arladii i Niemagicznych, a najgorsze było to,że on w to wierzył.
-O czym ty do mnie gadasz? - odparłem już nieco zbulwersowany- Magia nie istnieje!
-Skoro magia nie istnieje, to co kilka minut temu wydarzyło się w parku?
Miał rację. Nie umiałem racjonalnie wytłumaczyć tego, co wydarzyło się w parku. Gdybym powiedział to jak było nikt by mi nie uwierzył.
-Arladia, to nazwa świata-krainy równoległej do naszego - ojciec uprzedził moje pytanie - Mieszkają tam ludzie oraz nieludzie, czyli między innymi elfy i krasnoludy. Nie wszyscy mieszkający tam posiadają magiczną moc, u niektórych ona zanika we wczesnym dzieciństwie Na przykład żaden z królów tamtejszych państw nie jest czarodziejem. Magiczni, to stworzenia żyjące w Arladii, chociaż niektórzy również w naszym świecie, a Niemagiczni to stworzenia nie mające pojęcia o istnieniu Magii, mieszkające w naszym świecie.
-Czy ty jesteś... eeee...no ten.... - nie wiedziałem jak to nazwać
-Czy jestem czarodziejem? Tak Kacper jestem czarodziejem. Tak samo jak twoja matka i ty.
-Jestem czarodziejem?! - nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem - naprawdę?
-Tak, jesteś. - odpowiedział ojciec z uśmiechem na ustach. Pierwszym od dłuższego czasu.
-Czemu nie powiedzieliście mi tego wcześniej?
-Bo razem z mamą chcieliśmy cię chronić.
-Nie rozumiem.
-To było czterdzieści lat temu. W 1974r. w naszej rachubie czasu. W Magicznej rachubie czasu był to rok 1210 Ery Ludzkiej. Uprzedzę twoje pytanie. W Arladii czas podzielony jest na cztery Ery. Od końca: Ludzi, Elfów, Krasnoludów i Chaosu. Wracając do tematu... Wtedy wieczorem, spacerując z twoją matką ulicami Sankt-River w Cesarstwie Południowym, nad Leśną Rzeką zauważyliśmy, jak kilka osób włamuję się do krasnoludzkiego Banku Goldenraux'ów pobiegliśmy po Różdżkorękich, to taka jakby policja. Widział nas Anthony Gray. Klął się na swoją różdżkę, że się zemści. I mu się to udało. Po czterdziestu latach ukrywania się w innym świecie. Ciebie ochroniłem, ale twojej matki mi się nie udało... - tutaj urwał, wydawało mi się, że po policzku spłynęła mu łza - No ,ale jak zdołał przebić się przez zaklęcia ochronne?
-Jakie zaklęcia? - nie ukrywałem zdziwienia - na nasze mieszkanie były rzucone zaklęcia ochronne?
-Tak. Absconde, Scutum Impedimentum  - magia defensywna chroniąca przed wrogimi zaklęciami.
-Czyli uważasz, że to jest zemsta tego całego Graya? -spytałem
-Na pewno to on - odpowiedział ojciec - sprawdziłem, czy na kartce jest chociaż odrobina magii. Było i to całkiem sporo. A on jest dobrym czarodziejem, więc wnioski nasuwają się same.
-Co masz zamiar zrobić?
-Przejdziemy przez portal pod Kościołem św.Lamberta do Arladii.
-Pod kościołem jest portal? - nie mogłem uwierzyć w słowa ojca - proboszcz o tym wie?
-Oczywiście, że wie Kacper. Dla dobra Magicznych portale są chronione przez zaufane osoby, czyli czarodziejów. W każdym mieście, pod kościołem farnym jest portal. A proboszczem jest czarodziej.
-No dobrze...Załóżmy, że przejdziemy do Arladii. I co dalej?
-Pojedziemy do Oxenfurtu. Kupimy mieszkanie, a ty zaczniesz chodzić do Akademii Magii. No i oczywiście musimy iść do Białego Zamku spotkać się z Lady Margaret, która obecnie pełni urząd Lorda Selezji. Ona na pewno pomoże nam w poszukiwaniach twojej matki.
-Że gdzie pojedziemy? Do kogo? - spytałem zaciekawiony
-Do Oxenfurtu, stolicy Selezji, państwa Czarodziejów. Nie każdy z Magicznych posiada czarodziejską moc. Tych którzy wiedzą o jej istnieniu, ale jej nie posiadają nazywamy Półmagicznymi. Ale tego określenia używa się rzadko, najczęściej, żeby kogoś obrazić. Biały Zamek, to siedziba Lorda Oxenfurtu - władcy Selezji. Obecnym lordem, jak już mówiłem jest Lady Margaret.
-Yhym. - mruknąłem na potwierdzenie, że zrozumiałem.
-No, dosyć już gadania. Spakuj wszystkie potrzebne rzeczy. Jutro rano ruszamy - ojciec z uśmiechem poklepał mnie po ramieniu i wyszedł z pokoju. 

środa, 13 sierpnia 2014

*100 wyświetleń*

Chciałbym Wam serdecznie podziękować. W tak krótkim czasie, przy niewielkiej liczbie postów wybiło na moim blogu 100 wyświetleń!!! Jeszcze raz dziękuję za czas poświęcony na czytanie moich "wypocin". ;)


wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 4: Magia.

Minęło już kilka godzin odkąd dowiedzieliśmy się o porwaniu mamy. Tata zamknął się w ich sypialni i nie opuszcza jej  nawet na krok. Ja też leżę na łóżku w swoim pokoju i nie mam siły nic robić. Cały czas płakałem. Nie mogłem tego powstrzymać. To było silniejsze ode mnie.
Teraz zachciało mi się pić. Wstaję i kieruję się do kuchni. Po drodze zauważam światło wydobywające się spod drzwi od sypialni rodziców. Podchodzę do nich i powoli je odchylam. Moim oczom ukazuje się ojciec siedzący na łóżku z jakimś patykiem nad kartką z pogróżkami. To z niego wydobywa się to światło.Tata zaczął przesuwać patykiem z góry na dół nad kartką. Zaczął coś szeptać, ale nie rozumiałem, co. Po chwili dotarł do mnie sens tych szeptów:
-Pokaż swe pochodzenie, pokaż swe pochodzenie.
Po wypowiedzeniu tych słów, jak się doliczyłem po raz siódmy od kartki zaczęło rozchodzić się światło. Najpierw słabe. Potem coraz silniejsze, aż wypełniło całą sypialnię. Ojciec w tym momencie spostrzegł moje odbicie w lustrze na drzwiach od szafy.
-Co?! Kacper! To nie tak jak myślisz! Ja ci to zaraz wytłumaczę. - ojciec był wyraźnie zakłopotany, tym, że zobaczyłem to, czego nie powinienem - Zaczekaj!
Nie czekałem. Wybiegłem z mieszkania zostawiając za sobą otwarte drzwi. Ojciec wybiegł za mną.
-Clausum! - usłyszałem głos ojca, a zaraz po tym drzwi zamknęły się z hukiem.
Nie widziałem, jak wybiega z klatki, bo w tamtym momencie byłem już kawałek od domu dalej biegnąc. Po kilkunastu minutach biegu zauważyłem, że jestem już dosyć daleko od domu, by się zatrzymać. Usiadłem na ławce na placu zabaw. Wokół było niemal całkowicie ciemno, mrok rozpraszały jedynie nieliczne latarnie rzucające krąg światła na rzeczy znajdujące się w odległości zaledwie kilku metrów od nich. Plac był pusty, tylko gdzieniegdzie widać było ruch, były to ptaki szukające resztek zostawionych przez roztargnione dzieci. Zaczęło lekko wiać, a po chwili znów zaczął padać deszcz, ale tym razem dużo rzadszy od ulewy z popołudnia. Spojrzałem na zegarek 22:43. Siedziałem tu już dobre parę minut, gdy nagle coś pojawiło się przede mną. Zaczęło powoli wirować i świecić z każdą chwilą mocniej. Zacząłem dostrzegać kształty. Po chwili stanęła przede mną jakaś postać. Poznałem w niej... swojego ojca.  Jak to? Jak on to zrobił?! Kim on do cholery jest?! Jakimś kosmitą?! Kogo ja uważałem przez tyla lat za swojego ojca?! Myśli zaczęły się kłębić w mojej głowie. Nie wytrzymałem. Musiałem zapytać. Nie mogłem dalej trwać w niepewności.
-K-kim t-ty jesteś? - wyjąkałem, nie mogąc zdobyć się na stanowczy ton głosu.
-Kacper posłuchaj. Wiem, że to dla ciebie trudne, że nic nie rozumiesz. Pewnie myślisz, że jestem jakimś kosmitą, czy mutantem... To nie tak. Jestem jakby ci to powiedzieć... No dobrze powiem to prosto z mostu... Jestem czarodziejem. Tak C-Z-A-R-O-D-Z-I-E-J-E-M. Wiem, że trudno jest ci w to uwierzyć, ale to wszystko prawda.
-Że niby kim? Czarodziejem?! Magiem?! Przecież magia nie istnieje! Co ty pieprzysz! - nie wytrzymałem. Jak ojciec mógł mi wciskać takie kity! Przecież nie jestem dzieckiem! - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo!
-Rozumiem - powiedział ojciec
Wyjął z pod kurtki ten swój "patyk". Zamachnął się w stronę najbliższego drzewa i powiedział:
-Ignis!
Drzewo w mgnieniu oka stanęło w płomieniach. Po chwili ogień zżerał powoli całą roślinę. Zamachnął się znowu i tym razem powiedział:
-Aquam!
Na drzewo spadł strumień wody, który okrążając drzewo ugasił płomienie.
-Czy teraz mi wierzysz? - zapytał ojciec wyciągając do mnie rękę - Chodźmy zanim przyjedzie policja. Nie mam ochoty się przed nimi tłumaczyć.
Złapałem rękę ojca. Po chwili zobaczyłem ciemność z wieloma jasnymi punktami dookoła.

środa, 16 lipca 2014

Rozdział 3: Porwanie.

Budzę się. Obraz jest rozmazany, ale po chwili się wyostrza. W blaskach wschodzącego słońca znowu widzę to obskurne krzesło, stolik, umywalkę. Nie wiem który jest dzisiaj, ile czasu leżałem bez przytomności, jedyne co wiem, to to,że nadal leżę w szpitalu. Nagle drzwi od korytarza otwierają się i wchodzi zabandażowana dziewczyna z gipsem na prawej ręce. Na policzku, pod lewym okiem znajduję się opatrunek. Na głowie blond włosy spływają falami po bokach. Oczy ma koloru szafiru. Ubrana jest w biały szlafrok i ciapcie. Poznaję w niej Asię. Z jej pięknych oczu spływają łzy. Wiele łez. Ogarnął mnie wielki żal i gniew, bo dopuściłem do tego, żeby ten typ ją pobił. Nigdy więcej- obiecuję sobie- Nigdy!
-Kacper! - Agnieszka rzuca się na mnie z pocałunkami- Obudziłeś się!
-No tak...- odpowiadam lekko speszony - Który dzisiaj?
-Trzydziesty czerwca. Już wakacje.
-Tak długo byłem nie przytomny?!-nie mogę uwierzyć ile czasu już minęło- Nieważne. Co z wami? Z tobą, z Dawidem...
-Dawid miał złamany nos i rękę, ale wszystko poszło dobrze i już jest w domu. Codziennie do ciebie przyjeżdża i siedzi po kilka godzin przy twoim łóżku. Chociaż to ukrywa widziałam, jak po kryjomu płakał, ale nie chce się do tego przyznać. A ja? Sam widzisz... Mocno stłuczona ręka, podbite oko, trochę siniaków i zadrapań. Jakoś przeżyję. Bardzo się o ciebie martwiłam. Chciałam cię przeprosić i podziękować, że stanąłeś w mojej obronie.
-Przeprosić? - nie kryję zaskoczenia - Ale za co?
-Za całą tą sytuację. Gdyby nie ja i moja głupota, nic by ci się nie stało...ani Dawidowi...ani mnie.
-Aśka, posłuchaj mnie - dziewczyna kieruje wzrok w moją stronę i spogląda mi w oczy - to nie była twoja wina. Wiem, że nie chciałaś, żeby się tak stało. Nie przejmuj się.
Joasia zalewa się łzami i  obejmuje mnie w pasie.
 -Dziękuję - zapłakana szepcze mi do ucha
-Za co? - pytam zdziwiony
-Za to, że jesteś.
***
Minęły już dwa tygodnie odkąd trafiłem do szpitala. Asię wypisali już tydzień temu. Ja wychodzę dopiero dzisiaj. Jest połowa lipca, żar leje się z nieba, a ja stoję pod szpitalem i czekam, aż przyjedzie po mnie ojciec. Spóźnia się już piętnaście minut. Spóźni się jeszcze z pół godziny, albo w ogóle nie przyjedzie, bo mu "coś wypadło". Ojciec, jako policjant rzadko bywa w domu.Często musi gdzieś jechać w środku nocy. Przez pracę poświęca nam bardzo mało uwagi.
***
Czas dłuży mi się niemiłosiernie. Pięć minut, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści... Już mam dzwonić po mamę, gdy nagle z piskiem opon pod szpital przyjeżdża czarne BMW z przyciemnianymi szybami.
Zatrzymuje się przede mną, a w oknie które przed chwilą się otworzyło jest mój ojciec. Na twarzy, na której zwykle gościł serdeczny uśmiech, dzisiaj widać zdenerwowanie. Jego twarz zwykle rześka, dzisiaj jakby jakaś zmęczona i o parę lat starsza. Od krótko przystrzyżonych czarnych włosów, po czole spływają kropelki potu, chociaż BMW ma klimatyzację. Po za tym ojciec wygląda jak zwykle. Czarny T-shirt opinający się na umięśnionych ramionach i klatce piersiowej, czarne długie jeansy i również czarne markowe "Adasie".
-Wsiadaj Kacper - odzywa się głosem okazującym jego zdenerwowanie - szybko!
-Stało się coś?- pytam ojca zaniepokojony
-Nie ma czasu na gadanie wsiadaj.
W pośpiechu pakuję swoje rzeczy do bagażnika i siadam na przednim fotelu, obok ojca. Ojciec natychmiast z piskiem opon wyjeżdża ze szpitalnego parkingu. Ledwo hamuje przed szlabanem na żetony (parking jest płatny). Zaraz po podniesieniu się szlabanu rusza z dużą prędkością. Nie zwracając uwagi na ograniczenia przejeżdżamy koło Carrefour'a i kościoła. Nadal naginając przepisy skręcamy w Leszka Czarnego. Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu. W momencie zaczyna lać ulewny deszcz.
Strumienie wody zalewają ulicę i spływają w stronę rynku. Po chwili ojciec znów rusza z piskiem opon.Koła "beemki" rozbryzgują ciemną wodę na wszystkie strony. Skręcamy w prawo. Jedziemy razem ze spływającą wodą z położonej wyżej ulicy Leszka Czarnego.Teraz skręcamy w lewo. W mgnieniu oka mijamy kolejne bloki i sklepy. Widać już nasz sześcio-klatkowy blok z biało-bordowym tynkiem. Po chwili ojciec parkuje na chodniku.w. Wyskakuje z samochodu i biegnie do naszej klatki. Wybiegam za nim. Po chwili cały mokrzy jesteśmy na drugim piętrze, pod naszymi drzwiami. Tata szarpie się z kluczami. Niepotrzebnie. Drzwi są otwarte. Wbiegamy do środka.Korytarz wygląda tak jak zwykle. Szafa wnękowa, szafka na buty, lustro. Ojciec sprawdza po kolei każde pomieszczenie. Mój pokój, kuchnię, łazienkę, WC, salon, sypialnię rodziców. W przedpokoju w biegu zaczepia o szafkę z butami i ją przewraca. Wchodzę za nim do sypialni. W sypialni też wszystko wygląda normalnie. Na środku, pod oknem łóżko rodziców, po jego bokach szafki nocne, stolik naprzeciwko drzwi i komoda po prawej stronie. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Stoi przede mną zmęczony i cały mokry. Mokre ubrania przykleiły się do jego ciała i widać każdy mięsień. Wygląda teraz... nietypowo. Widzę przerażenie, które zapanowało na jego twarzy. Po policzkach spłynęły mu łzy. Zauważyłem, że czyta kartkę leżącą na stoliku. Rozpłakał się rzewnymi łzami.
-Porwali matkę - mówi przez łzy.
Wyrywam mu z rąk kartkę i zaczynam czytać:
JEŻELI CHCESZ ZOBACZYĆ JĄ ŻYWĄ ZOSTAW TĄ SPRAWĘ W SPOKOJU
Z przerażenia usiadłem na podłodze. Z oczy popłynęły mi łzy.
Padało jeszcze wiele godzin.









==========================================================================
Wiem, że długo nie było rozdziału (ok. miesiąc), ale w końcu jest. Starałem się napisać dosyć długi... Podoba się?

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 2: Bójka.

Lekcje minęły bez większych rewelacji. Jak zwykle nuda, nuda no i jeszcze nuda. Teraz czekam na Dawida, bo je obiad. W tym momencie podchodzi do mnie Aśka.
-Cześć, może wrócilibyśmy razem? - szepcze mi do ucha - dawno razem nie spędzaliśmy czasu...
Blondynka patrzy na mnie uwodzicielsko swoimi pięknymi, przenikliwymi oczami. Po chwili łapie mnie za rękę i przybliża swoją twarz do mojej.
-No to jak będzie? - Aśka mruczy mi słowa wprost do ucha.
W tej chwili podbiega do nas jakiś chłopak. Dobrze umięśniony, wyższy ode mnie o pół głowy, widać że jest mocno wkurwiony.
-Co wy tu kurwa robicie?! Zostaw ją ty patałachu!
Koleś z rozpędem daje mi prawego prostego prosto w nos. Słyszę trzak łamanych kości, a po chwili rozdzierający ból. Upadam z impetem w znajdujące się za mną krzaki. Słyszę krzyk Joaśki i kilku innych dziewczyn, pewnie Tapeciar. Podbiega do mnie Dawid i pomaga mi wstać. Czuję że się przewrócę, ale mimo tego się podnoszę i robię kilka kroków w stronę tego typa, który mi przypieprzył. Po chwili on znowu do mnie podbiega i zaczyna szarpać. Upadam. Dawid zaczyna się z nim szamotać. "Typ" dostaje z pięści
w brzuch, a gdy się schyla kopniaka w nos. Traci równowagę i opiera się o ogrodzenie szkoły. Widać, że nie może znieść bólu, ale i tak idzie dalej wprost na Dawida. Chce mu dać prawego sierpowego, ale chłopak robi unik i uderza przeciwnika prosto w szczękę z prawego prostego. Facet zatacza się i upada na chodnik. Z nosa cieknie mu czerwony strumień i rozlewa się, robiąc kałużę na chodniku. Łapie się w panice za nos, ale nic mu to nie pomogło, bo głucho stęknął. Dawid podszedł do niego i dał mu zamaszystego kopa prosto w jaja. Chłopak wydał z siebie przeraźlliwy pisk i złapał się za krocze.
-A to za mojego kolegę.
Dawid odwrócił się i omijając Aśkę podszedł do mnie. Pomógł mi wstać. I już mieliśmy iść do domu, ale zatrzymała nas Joanna.
-Przepraszam cię za niego Kacper, to mój były, nie wiedziałam, że tu przyjdzie - skruszonym tonem próbuje mnie udobruchać, ale ja wcale nie jestem zły. Przynajmniej nie na nią,
-Nic się nie stało. To nie twoja wina. - odpowiadam i staram się uśmiechnąć, ale zamiast uśmiechu wyszedł jakiś niezidentyfikowany grymas.
-Nie gniewasz się?
-Nie, nie gniewam się. Wszystko ok
-A co z twoim nosem? - pyta przejęta i dotyka go delikatnie - powinieneś iść do lekarza.
-Trochę boli, ale nic mi nie jest...
W tym momencie tamten typ wstaje i z impetem się  na mnie rzuca. Przewraca mnie na chodnik i zaczyna okładać mnie pięściami. Słyszę trzask łamanych kości. Tym razem w barku, policzku i ręce. Oczy zachodzą mi krwią i łzami. Tracę przytomność.
***
23 czerwca (dwa dni po bójce przed szkołą)

Budzę się cały obolały. Na ręce wyczuwam gips. Na twarzy mam bandaże. Z górnej części ciała odkryte mam tylko oczy. Leże na pojedynczym łóżku w jakiejś sali. Pomieszczenie urządzono bardzo skromnie: dwa łóżka (drugie puste), dwa krzesła, kosz, umywalka. Ściany pomalowane na żółto z niebieską lamperią. Jest chyba późny wieczór, bo pomimo odsłoniętych żaluzji przez okno nie wpada żadne światło. W sali panuje złowrogi półmrok, bo światło wpada tylko przez uchylone drzwi prowadzące pewnie na korytarz. Zza drzwi 
dobiegają pojedyncze głosy i kroki. Po chwili do sali wchodzi moja mama.
-Nareszcie się obudziłeś - widać, że niemal płacze ze szczęścia na mój widok- jak się czujesz synku?
-Bywało lepiej mamo-odpowiadam, ale nie poznaję własnego głosu- gdzie są Joasia i Dawid?
-Też leżą w szpitalu, ten bandyta, który na was napadł nie oszczędził nawet tej biednej Asi, która rozpaczliwie próbowała cię bronić- po jej policzku spłynęła łza. Najpierw jedna, potem druga, a po chwili wybuchła płaczem 
przepełnionym żalem.
-Ale co z nimi? W jakim są stanie?- jestem tak zdenerwowany, że niemal krzyczę- Odpowiedz! Gdzie są, w której sali?!
-Są w stanie ciężkim, ale stabilnym. Raczej nic im nie będzie...- odpowiada moja roztrzęsiona matka
-Raczej?!-wybucham
Nie wytrzymuję emocji i czuję, że mdleję. Po chwili nie ma nic. Tylko ciemność.
========================================================================
Ta dam! No i proszę, już jest Rozdział 2. Jak się podoba? Coś poprawić? Może zmienić?

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 1: Już zaraz wakacje.

Znów do szkoły. Co prawda niedługo wakacje, ale nauczyciele i tak nie odpuszczają. Mamy niezły wycisk. Najgorzej z fizyką. Mam zagrożenie, a babka od fizy mnie nie cierpi. Powiedziała mi wprost, że mnie nie lubi i zrobi wszystko, żebym nie zdał. Nawet, jak zostanę na drugi rok to nie będzie jakaś większa strata bo moja klasa jest nieznośna. Same lamusy i tapeciary, a oprócz tego kujoni i parę kozłów ofiarnych, nad którymi wszyscy sięznęcają. Jedyną osobą którą lubię jest Dawid, mój najlepszy kumpel. Właściwie to jest moim...no tym... jak to się mówi...a! przyjacielem, tak to dobre słowo - przyjaciel. Tylko z nim się dogaduję oczywiście, jak na nastolatków przystało w granicach normy państwowej. No i jeszcze jest Aśka. Wysoka, długonoga blondyna o niebiańskim spojrzeniu, które powala wszystkich na których padnie. Z pozoru niczym nie różni się od innych dziewczyn typu blachara-tapeciara, ale byłem przy tym, jak zdarzyło się jej poryczeć. Dopiero wtedy pokazała siebie taką, jaką jest. Udaje twardą i niewzruszoną, bo inne dziewczyny by ją zgnębiły i zrównały z parterem, ale tak naprawdę jest super laską. Miłą, uprzejmą, pomocną, po prostu idealną...
-Kacper!-słyszę głos mamy- wstałeś już?! Spóźnisz się do szkoły!
Taaa...szkoła i tylko szkoła
-Już idę, mamo!-odpowiadam wstając łóżka.
Rozglądam się w poszukiwaniu ubrań, które nadawałyby się o tego, żeby je założyć. Okno wychodzące na południe, parapet zawalony różnymi gratami, biurko z komputerem i mnóstwem innych rupieci (książki, komiksy, resztki jedzenia itp.), regał z książkami, fotel z brudną koszulą (wywaliłem się wczoraj na rowerze), jakieś pudło, szafa...BINGO, SZAFA! Lekko chwiejnym krokiem idę w stronę niedomkniętej szafy. Otwieram ją i zakładam pierwszy lepszy T-shirt z lwem (moje ulubione zwierzę) i jeansy. Szybko zbiegam na dół. W kuchni czeka na mnie mama ze śniadaniem. Spoglądam na zegarem i widzę, że jest już 7.40. Szybko dokańczam płatki, popijam je resztką soku, który znalazłem w lodówce i kieruję się w stronę drzwi. Po drodzę zakładam plecak na ramię.
-Cześć mamo!
-Cześć synku.- Kamila spogląda na mnie znad gazety- O której będziesz w domu?
-Nie wiem...
Nigdy nie wiem. Otwieram drzwi i wychodzę.
***
W parku spotykam Dawida palącego fajkę. Podchodzę do niego i klepię go w plecy.
-Miałeś rzucić to kurwstwo, przecież wiesz, co to za gówno-mówię na przywitanie
-Też się cieszę, że cię widzę- Dawid szczerzy zęby w uśmiechu- wiesz jak trudno rzucić?
-Nie wiem...-zaczynam, ale mi przerwał.
-Właśnie!
Stwierdzam po tonie Dawida, że drążenie tematu nic nie da, oprócz kłótni, a tego nie chcę.
-Chodź już, bo się spóźnimy-mówię pojednawczo.
-Oks...
Przez resztę drogi widzę, że uraziłem mojego najlepszego kumpla swoją niezbyt taktowną uwagą. Martwię się tym, ale przed szkołą zauważam Aśkę i przestaję o tym myśleć. Aśka jak zwykle jest w towarzystwie kilku innych tapieciar.
-Hej-mówię do nich przechodząc
-Siema-odpowiadają chórem  takim tonem, jakby chciały mnie zabić. W końcu wszystkie uważają mnie za przedstawiciela plebsu. Wszystkie... oprócz Aśki.
Gdy odchodzę odwracam się w stronę tapeciar i zauważam Aśkę uśmiechającą się do mnie promiennie, odwzajemniam uśmiech i wchodzę do szkoły.
***
Dzisiaj pierwsza historia z Czyżykową. Baba jest miła tylko dla kujonów, ale tylko na zajęciach dodatkowych.
***
Do klasy wpadam z Dawidem 10 po ósmej.
-O! Witam, witam lorda Kacpra Wilka i margrabiego Dawida Bronowskiego!-słyszę okropny skrzek z lewej strony.Zaraz za drzwiami, jakby przyczajona stoi pani Zdzisława Czyżyk i mierzy mnie niechętnym wzrokiem.- Trafią zacni panowie do swoich posiadłości czy mam wysłać świtę, aby panów zaprowadziła?
-Jakby cesarzowej to nie sprawiło większego kłopotu, to będę zaszczycony towarzystwem cesarskiej świty, aż do mojej posiadłości- odpowiadam, na co cała klasa wybucha śmiechem i kieruję się razem z Dawidem do naszej ławki. 
Czyżykowa czerwona i naburmuszona na twarzy siada za biurkiem i sprawdza obecność.
***
Lekcje minęły bez większych rewelacji. Jak zwykle nuda, nuda no i jeszcze nuda. Teraz czekam na Dawida, bo je obiad. W tym momencie podchodzi do mnie Aśka.
-Cześć, może wrócilibyśmy razem? - szepcze mi do ucha
========================================================================
Jak wam się podoba? Będę się starał pisać częściej :D