sobota, 14 marca 2015

Rozdział 27: To już koniec wojny?

   Gdy otworzyłem oczy znajdowałem się na łóżku, w jakimś kwadratowym pomieszczeniu, średniej wielkości. Łoże znajdowało się pod dużym oknem. Naprzeciwko niego były masywne, dębowe drzwi. Po lewej stronie stała ogromna, dwudrzwiowa szafa. A z prawej strony pokoju, pod ścianą stał stolik, na którym paliła się świeca. Z trudem usiadłem na łóżku i wyjrzałem przez okno. Ujrzałem Plac Katedralny. Większość budynków była zniszczona, jednak gruzy nie tamowały już ruchu na ulicach. Ze wszystkich stron widziałem strzępki różnistych budowli. Niektóre, tak jak na przykład Kaplica Katedry zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Na ulicach nie było żywego ducha. Tylko od czasu do czasu drogę przebiegł jakiś bezpański pies lub szczur... Spojrzałem w górę. Na niebie słońce górowało. Musiało być więc południe...
   Drzwi do pokoju otworzyły się, a w nich stanął Ermyr. Na mój widok na jego twarzy ukazał się szeroki, przyjazny uśmiech.
-Kacper! - powiedział - Nareszcie się obudziłeś!
-Też się cieszę, że cię widzę Ermyrze - pomimo ogromnego bólu, który nadal władał moim ciałem, wysiliłem sięna uśmiech - Jak długo spałem?
-Nieco ponad tydzień. Dokładnie 11 dni... - odpowiedział siadając na skraju łóżka.
-Czyli dzisiaj jest ósmy lutego?
-No tak...
-Co się stało? Nie widzę nigdzie żołnierzy...Ani naszych, ani wrogich. - spytałem.
Ermyr odetchnął głęboko i zaczął opowiadać. Dowiedziałem się, jak to po mojej wygranej z Gray'em rozgorzała prawdziwa walko o Katedrę, którą przegrywaliśmy. Żołnierzy północno-bohemasidzkich było prawie siedem razy więcej. Już mieliśmy się poddać, gdy do bitwy wkroczyły posiłki... z Cheridaru! Okazało się, że Elfy i Krasnoludy wzniosły powstanie przeciw Północnym. W Cheridarze nie zostało ich wiele, gdyż większość poszła razem Gray'em, więc nie było to takie trudne. Zastępca Sezrika - Wiceksiążę Alazar podjął decyzję o mobilizacji armii i wyruszeniu z pomocą Sankt-River. Zajęło im to trochę czasu i przybyli w ostatniej chwili. Dwadzieścia tysięcy wyszkolonych, zawodowych, elfich łuczników i trzydzieści tysięcy krasnoludzkich toporników przechyliły szalę bitwy na naszą stronę. Do walki stanęła nasza około sześdziesięciotysięczna armia przeciw siedemdziesięciotysięcznej armii Bohemasidu i Północy, która była wykończona niewygodami, brakiem żywności i broni oraz chorobami, które zaczęły się szerzyć i masakrycznie przerzedzać oddziały. Po prawie dwunastogodzinnej, zaciętej bitwie ostatni wrogi żołnierz opuścił miasto. Wolfgang, idąc za ciosem, postanowił ruszyć za pogoń uciekającymi. Wroga armia została rozgromiona. Prawie trzydzieści tysięcy ciał leżało na zakrwawionych ulicach. A niedobitki zaczęły uciekać na północ, w stronę Oxenfurtu, Elissanderu, a potem Trydium, stolicy Cesarstwa Północnego. Bohemasid z miejsca podpisał traktat pokojowy, na mocy którego płacić będzie coroczną daninę o wysokości 50tys Koron Holsańskich, przez okres pięćdziesięciu lat. Ma pokryć to koszty zniszczenia wszystkich naszych miast: Solsztajnu, Oxenfurtu, Sankt-River, South Holsan, Aliquam, North Holsan itp.
-A co z Jonahem i Magdą? - spytałem po tym, jak skończył opowiadać.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju.
-Jakby ci to powiedzieć... - nerwowo potarł kark
-Czy oni... - głos mi się załamał
-Tak. Oni nie żyją, Kacper... - wreszcie spojrzał mi w oczy - Nic nie mogliśmy zrobić. Srebro i okropnie silna magia...
Zaczął coś jeszcze mówić, ale ja już tego nie słyszałem. Oczy zaszły mi łzami i nie zamierzałem tego ukrywać.

=====================

Rozdział 27 :) Miłego czytania. Zapraszam do komentowania i obserwowania bloga.

wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 26: Bitwa o Sankt-River./Część czwarta.

-Po co tu przyszedłeś? - odwarknąłem.
Gray oparł się o futrynę drzwi i odparł z uśmiechem.
-Nawet w obliczu rychłej śmierci pyskujesz, Kacper, inni błagaliby mnie na kolanach o litość. A ty nie. Ty bezsensownie, ale bohatersko walczysz do samego końca. Fascynujące.
Jonah zaczął się w tym momencie krztusić krwią. Widać było, że kona.
-Jonah! - krzyknęła Magda i rzuciła się w jego stronę.
-Taka duża, a taka głupia - zaśmiał się szyderczo Gray - Jemu już nic nie pomoże.
- Spierdalaj! - rzuciłem w niego zaklęcie odrzucające, ale odbił je berłem. Wycelował we mnie bronią i w moją stronę ruszył czerwony promień. W ostatnim momencie uskoczyłem, a zaklęcie trafiło w kolumnę, znajdującą się za mną. Zaklęcie sprawiło, że kolumna zawaliła się zagradzając drogę do wnętrza Katedry. Uniosłem magią gruz i odrzuciłem go na bok.
-Weźcie Jonaha i uciekajcie... - powiedziałem, stając pomiędzy moimi bliskimi, a Gray'em.
Anthony uśmiechnął się i rzucił w nas zaklęcie. Nie zdążyłem zareagować. Zaklęcie minęło mnie z prawej strony i trafiło w Magdę.
-MAAAAGDAAAA! - krzyknąłem i rzuciłem się w jej stronę
-Doigrałeś się! - krzyknął do mnie Gray. Wymówił zaklęcie i jego postać zaczęła jarzyć się na czerwono. Połączył się z Arkoshem. Znów.
-Weźcie Magdę i Jonaha. Ja zaraz wrócę... może... - powiedziałem do przyjaciół.
-Kacper, my... - zaczęła Alessandra
-NATYCHMIAST! - wydarłem się tak głośno, aż echo odbiło się od ścian Katedry. Ermyr z Borysem unieśli Jonaha, a Es Midan wziął Magdę na ręcę i zaczęlli biec w stronę wnętrza Katedry, co chwila się odwracając.
   "Zaufaj, , mi Kacper" - usłyszałem w głowie głos Alessji.
"Co mam robić?" - spytałem w myślach
"Wszystko w swoim czasie, Lwie Arladii*" - odpowiedziała wymijająco bogini.
-No to teraz się zabawimy! - Gray wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Uniósł berło i rzucił we mnie zaklęciem wybuchającym, które odbite, rykoszetem trafiło w przeciwległą ścianę, robiąc w nią dużych rozmiarów wyrwę. Przy wybuchu na podłogę spadła spora część sufitu, którą Gray musiał odbić. Uniosłem Kostur i posłałem w jego stronę kilka zaklęć: śmiertelne, odrzucające i wybuchające. Jednak wszystkie zręcznie odbił berłem. Teraz on przeszedł do natarcia. Ciskał we mnie piorunami i magicznymi grotami. Z trudem odbijałem ten zmasowany atak. W końcu uniósł berło do góry i przez sufit wpadło wycelowane w niego, oślepiające czerwone światło. Trwało to może kilka sekund. Po tym czasie czerwony promień przekierował w moją stronę. Spanikowałem, jednak Kostur sam zareagował. Wiedziałem, że to interwencja Alessji. W duchu dziękowałem bogini za pomoc.
Dwa światła: czerwone - Gray'a/Arkosha i białe - moje/Alessji, zderzyły się kilka metrów przede mną wywołując fontannę iskier. W pobliżu miejsca zderzenia powietrze wyraźnie zgęstniało, przybierając pół-przezroczystą, czarnawą barwę.
Po jakimś czasie zauważyłem, że moje siły słabną. Iskry zaczęły się przesuwać niebezpiecznie w moją stronę. Próbowałem całą swoją magię włożyć w to zaklęcie, jednak to nic nie dało. Gray był po prostu silniejszy. Od trafienia we mnie dzieliło mnie jakieś trzy, może cztery metry. Jednak ta odległość z każdą sekundą niebezpiecznie malała. Zostało dwa i pół metra. Dwa. Półtora. Zastanawiałem się co zrobić. Metr. Wiem! Pół metra. Uskoczyłem i utworzyłem wokół siebie magiczną barierę. Zaklęcie Gray'a trafiło w filar nośny i dosłownie wyrwało go spod sufitu. Dach, pozbawiony podpory, w mgnieniu oka runął na dół. Przez kilka sekund, od mojej tarczy odbijały się większe, bądź mniejsze kawałki stropu. W końcu ten "deszcz" ustał. Dezaktywowałem barierę i wstałem z ziemi. Nade mną znajdowała się ogromna dziura, która ukazywała ciemne niebo, oświetlane tylko łuną płonącego miasta.
Gray też wyszedł bez szwanku. Stał w tym samym miejscu, co wcześniej. Widocznie on też stworzył w porę barierę. Zauważywszy mnie znów zaczął rzucać we mnie najróżniejszymi zaklęciami ofensywnymi. Czułem w sobie moc Bogini Życia. Z bezczelną wręcz zwinnością odbijałem kierujące się w moją stronę zaklęcia. Jednak jednego z nich nie zdołałem odbić. Było to zaklęcie odrzucające. Pod jego wpływem odrzuciło mnie kilka metrów do tyłu. Upadłem na żwir, lewą ręką. Usłyszałem trzask łamanych kości i po moim ciele rozszedł się rozdzierający ból. Jednak Gray nie dał mi nawet chwili na lament, z powodu złamanej chwili. Od razu zaczął atakować. Nie zdążyłem podnieść Kostura, który leżał kilka metrów na lewo ode mnie. Musiałem przeturlać się, ze złamaną  ręką, po kilkumetrowych stertach gruzu. Zrobiłem to w ostatniej chwili. Zaklęcie minęło mnie i trafiło w znajdującą się za mną ścianę, której prawie połowa upadła z hukiem na posadzkę. 
Zdołałem chwycić Kostur i z trudem wstałem na nogi. Gray rzucił we mnie promieniem. Ja sparowałem go swoim. I znów zaczęły lecieć iskry. Jednak teraz było ich znacznie więcej. Zaczęły oświetlać cały budynek. Na twarzy Graya zauważyłem... zmęczenie! To był dobry znak. Bardzo dobry. Włożyłem w to więcej mocy. Czułem, że zostałem obdarzony siłą nie tylko Alessji, ale też innych bóstw. Jednak i Gray nie został osamotniony. Z tego, co się później dowiedziałem, został wsparty przez Boginię Nocy. Iskry zaczęły już dosięgać ścian. I w tamtej chwili nastąpił przełom! Iskry zaczęły przesuwać się w stronę Gray'a. Bardzo powoli, jednak było to widoczne gołym okiem. Jego siły zaczęły zdecydowanie słabnąć. Czerwony promień zaczął migotać. Iskry nadal przesuwały się w stronę Gray'a. Jeszcze kilka metrów... Dwa... Jeden... JUŻ! Nagle połączenie zostało przerwane. Promienie zaczęły migotać i rozjarzył się oślepiającym blaskiem, który ogarnął całe pomieszczenie. I... zgasły. Odrzuciło mnie kilka metrów w tył. Z Gray'em stało się to samo. Wylądowałem na kilkumetrowej stercie gruzu. Jednak nic, oprócz kilku siniaków i zadrapań, się nie stało. Wstałem i zacząłem iść do Gray'a. Leżał bez ruchu na posadzce. Myślałem, że nie żyje. Chciałem to sprawdzić. Jednak on uniósł berło i wystrzelił we mnie zaklęcie. Znów mnie odrzuciło. Tym razem znacznie wyżej i dalej, niż się tego spodziewałem. Przeleciałem przez całe pomieszczenie i wylądowałem, trafiając plecami w pomnik Alessji. Odbiłem się od niego i ze strzyknięciem w nodze wylądowałem na podłodze. Z ogromnym trudem wstałem. Miałem złamaną rękę i chyba też nogę. Zacząłem kierować się w stronę Gray'a, który stał naprzeciwko mnie.
-Skończmy to tu i teraz, Kacper. - powiedział z powagą.
Rzucił we mnie zaklęciem, jednak odbiłem je. Tak samo stało się kilkoma kolejnymi. Widać było,że stracił większość swoich sił. A na pewno stracił wsparcie Bogów. Znów doszło do zwarcia. Zaczęły lecieć iskry. Jednak nie były one tak duże, jak ostatnio, bo i promień Gray'a był dużo słabszy. Iskry zaczęły szybko przesuwać się w stronę Anthony'ego. Cztery metry... Trzy... Dwa... Jeden... I mój promień dosięgnął ciała Gray'a. W tej samej chwili nastąpił ogromny wybuch. Utworzyłem barierę. Siła wybuchu sprawiła, że ściany Katedry zostały w mgnieniu oka zmiecione. Moja tarcza zaczęła słabnąć, w tym samym momencie, w którym ostatnie kawałki gruzu opadały na ziemię. Zacząłem słabnąć. Osunąłem się na podłogę. A potem było już tylko ciemność.
==========================

* "Lew Arladii" - jest to nawiązanie do przydomka. który Jan III Sobieski otrzymał od Turków: Lew Lechistanu (Lechistan to turecka nazwa Polski).
==============================

   Siemka! Oto czwarta i ostatnia część rozdziału 26! Myślę, że nie jest ani za krótka, ani za długa. Kolejny rozdział ukaże się... niebawem. ;) Nic nie obiecuję, bo nie wiem czy uda mi się napisać go " w terminie". Jednak od razu mówię, że nie oczekujcie na zbyt wiele. Góra dwa-trzy, no może cztery rozdziały. Ale główki do góry! ;D Już mam pomysł na nowe opowiadanie. W stylu młodzieżowym. Bez magii itp. Taka tam historia o chłopaku, który mieszka w pewnym bloku...
   A wy tymczasem komentujcie, oceniajcie i obserwujcie kolejny rozdział blogu "History of my life". Pozdrowionka i do następnego! ;)

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 26: Bitwa o Sankt-River. /Część trzecia.

28.01.1251r.EL, Sankt-River (późny wieczór)

   Zaczęliśmy się cofać w stronę Rynku. Garstka naszych żołnierzy, zgodnie z rozkazem, podążała za nami. Niebo stało w ciągu kilku sekund niemal czarne. Wiatr, który się zerwał kołysał drzewami, jak chorągiewkami. Wyglądało na to, że Gray przywołał burzę... Jednak nie była to zwykła burza. Pioruny, które zaczęły rozświetlać nocne niebo, były koloru krwistej czerwieni, a oprócz tego nie było ani trochę deszczu. Wiatr stawał się coraz silniejszy. Zaczął powoli przesuwać reszty budynków, które leżały na ulicy. Ze statków zeszli kolejni żołnierze Północy. Zaczęli kierować się w naszą stronę. W kamienicę po naszej lewej trafił jeden z krwisto czerwonych piorunów. Odłupał kilkumetrową część budynku, która spadła na ulicę, zagradzając połowę drogi. Oprócz tego w budynku wybuchł pożar, który wspomagany przez wiatr, w mgnieniu oka zajął sąsiednie budynki. Gdy spojrzałem w niebo ujrzałem duży, okrągły kształt, który zmierzał w naszą stronę. Z każdą sekundą był coraz bliżej. Rozpoznałem w nim pocisk z katapulty. Spadał prosto na nas. W ostatniej chwili zdołałem utworzyć barierę, która przejęła całą siłę uderzenia. Po zderzeniu z pociskiem, tarcza zamigotała i znikła, a kula z katapulty potoczyła się w drugą stronę.
   Pioruny zaczęły coraz częściej trafiać blisko nas. Zanim dotarliśmy do Rynku prawie cała ulica stała w płomieniach. Budynki zawalały się pod swoim ciężarem, rozsypując się na ulicę. Gray zszedł ze statku i kierował się razem z żołnierzami w naszą stronę. Jechał na ogromnym, czarnym koniu. W pewnej chwili uniósł berło i zamachnął się nim w naszym kierunku. W naszym kierunku zaczął zmierzać promień czerwonego światła. Uniosłem kostur, a z jego końca wystrzeliła wiązka białego światła, która zderzyła się z promieniem Gray'a. W chwili zderzenia nastąpił wybuch, który oświetlił cały Rynek. W miejscu spotkania się dwóch promieni szalały pioruny. Włożyłem w zaklęcie więcej mocy i miejsce spotkania promieni oddaliło się w stronę Gray'a. Jednak on też zwiększył nacisk i pioruny znów przysunęły się w moją stronę.
-Szybko uciekajcie! - krzyknąłem - Długo go tak nie utrzymam!
-Nie zostawimy cię tu! - odkrzyknął Ermyr
-Już! - ponagliłem
Niechętnie zaczęli biec w stronę Katedry. Zostałem na Rynku sam. Z Gray'em i jego armią. Czułem, że moje zaklęcie słabnie. Dlatego zdecydowałem się na ryzykowną zagrywkę. Urwałem zaklęcie i odskoczyłem z linii lotu czerwonego promienia, jednocześnie posyłając w stronę Gray'a zaklęcie śmiertelne. Przewróciłem się na ziemię dwa metry dalej. Czerwone światło minęło mnie zaledwie o kilkanaście centymetrów i trafiło w kamienicę po drugiej stronie Rynku. Budynek wybuchł pod wpływem zaklęcia. A wokół wybuchły płomienie. Korzystając z zamieszania wstałem i zacząłem biec. Musiałem zdążyć na czas.

***

   Miasto było ruiną. Podczas drogi do Katedry nie znalazłem ani jednego całego budynku. Ogień trawił całe miasto, a domy, które nie płonęły były zawalone, a ich resztki zagracały ulicę.
   Katedra bardzo się zmieniła od czasu, gdy byłem tam kilka godzin temu. Wokół niej wyrósł mur złożony z najróżniejszych materiałów. Od belek, przez gruz aż po resztki karoc. Po wewnętrznej stronie tego muru wartę trzymali strażnicy, którzy gdy mnie ujrzeli ukłonili mi się nisko.
-Do Katedry! - krzyknąłem
-Ale Generał Wolfgang nakazał nam patrolowanie muru... - odpowiedział jeden z żołnierzy
-Do Katedry mówię! - wydarłem się w chwili, gdy na jednej z ulic prowadzących na Plac Katedralny, pojawił się Gray razem ze swoją armią.
-Explosio! - Kosturem wskazałem jedną z kamienic stojących u wylotu ulicy na Plac, która zawaliła się, zagradzając Północnym przejście do Katedry.
-To ich na trochę zatrzyma.

***

    Wpadłem zdyszany do jednej z sal w Katedrze.
-Żyjesz! - Magda rzuciła mi się w ramiona.
-Póki co... - uśmiechnąłem się promiennie i pocałowałem ją w usta. - Idzie na nas Gray z całą armią i Berłem Taralu.
-Berłem? Jesteś pewien? - spytała Alessandra, która siedziała w czerwonym, wygodnym fotelu po lewej stronie.
-No niby nie... - potarłem nerwowo kark - Ale ja... tak jakby to po prostu wiem.... Kostur i Berło są antagonistyczne... i ze sobą powiązane.... poczułem to gdy walczyłem z Gray'em na Rynku.
W pomieszczeniu zapanowała cisza. Nikt się nie odzywał. Wszyscy milczeli: Ermyr, Alessandra, Es Midan, Wolfgang, Magda, Borys.
-Ja mu wierzę. - odezwała się Magda
-Ja też - powiedział Ermyr
- I ja. - odezwał się Borys
- Ja także - stwierdziła Alessandra
- No ja też - powiedział Es Midan.
- I ja również - rzekł Wolfgang.
-No ale co my zrobimy? Nie mamy szans z Berłem... - powiedziała Magda
-My nie, ale Kostur... - Borys wskazał na trzymaną przeze mnie, magiczną broń.
-Borys ma rację - stwierdziłem - Jedyną rzeczą, która może zatrzymać Północ, to Kostur. Jaki jest plan obrony? - spytałem po chwili.
-Ludzie są już rozstawieni na swoich stanowiskach, mamy ich około dziesięciu tysięcy. Północnych jest gdzieś ze dwadzieścia tysięcy, oczywiście plus magowie, katapulty i Gray. - powiedział Wolfgang jednym tchem.
-To nie dobrze... będzie ciężko. - stwierdziłem w chwili, gdy do sali wpadł jakiś żołnierz i oznajmił, że Północ wdarła się do Katedry.
-Jak to się mogło kurwa stać! - darł się Wolfgang - Przecież dwudziestotysięczna armia nie może nagle się zmaterializować w środku naszej armii!
Spojrzałem na niego znacząco.
-No dobrze...w sumie może...
-Idziemy - stwierdziłem

***

   Żołnierz mówił prawdę - w Kaplicy byli już ludzie Gray'a. Wokół panował strsznyy burdel - ławki były poprzewracane, a część z nich się paliła. Ołtarz był roztrzaskany, witraże leżały w kawałkach na podłodze, która pokryta była warstwą świeżej krwi. Pod drzwiami walczyli nasi żołnierze z ludźmi Gray'a. Niestety było ich więcej i co chwila jakiś z naszego garnizonu upadał na podłogę. W końcu przedarli się do środka. "TERAZ!" - krzyknąłem.
   Ruszyliśmy do walki. Ramię w ramię, jak bracia. Chociaż nie znaliśmy się zbyt długo, a po za tym każdy z nas był inny. Jednak walczyliśmy w wspólnej sprawie - w obronie niepodległości, za honor za kraj. Na twarzach moich bliskich malował się spokój, determinacja i... nienawiść.
   Zaczęliśmy atakować. Walczyliśmy całym arsenałem zaklęć. Żołnierzy ciągle przybywało. Nagle w drzwiach Katedry stanął jakiś ciemnej karnacji mężczyzna, ubrany w strój beduina.
-To Wezyr Fakhir Haddad. - powiedział Johan - to znaczy, że moje wojsko przegrało...
Rzuciłem w wezyra kulą ognia, jednak w porę uskoczył, a kula wybuchła na ścienie.
-Nie bądź głupcem, Kacper! - krzyknął - Poddaj się!
W odpowiedzi rzuciłem w niego zaklęciem odrzucającym. Tym razem nie zdążył zareagować i rąbnął plecami o ścianę. Jego żołnierze jednak zaraz go wynieśli.
   Wojsko Bohemasidu miało najlepszych łuczników. Strzelali bardzo, ale to bardzo celnie. Gdyby nie nasze magiczne tarcze, już dawno byśmy zginęli. Rzuciłem w nich kilkoma zaklęciami odrzucającymi, po których dosłownie roztrzaskali się na ścianie. Jednak zaraz nadbiegli kolejni. Trafiałem w nich magicznymi grotami, kulami ognia i lodu, zaklęciami śmiertelnymi... Nawet zaklęciem wybuchającym ,ale ich było coraz więcej... Jeden z łuczników trafił Johana w brzuch. Mężczyzna upadł na ziemię, łapiąc się za ranę, z której na podłogę wytryskiwała struga czerwonej cieczy.
-Jonah! - krzyknęła Alessandra
Podbiegła do niego i złapała go za rękę. Korzystając z okazji armia Bohemasidu wycofała się. Wszyscy podbiegliśmy do leżącego na ziemi Jonaha. Zaczął kasłać krwią. Uklęknąłem przy nim.
-Sanitas - powiedziałem
Rana zaczęła syczeć, jednak się nie zrosła.
-Srebro... - powiedział Ermyr
-Kkkkkk....acper. - wycharczał Jonah
-Tak? - spytałem ze łzami w oczach
-Gdy już obronisz Sankt-River. - w tym momencie zaczął kasłać - Przejmij koronę Południa. Zajmij się moimi poddanymi. A wy mu w tym pomóżcie.
-Nie pieprz głupot - otarłem łzę, która zaczęła mi płynąć po policzku - Sam się nimi zajmiesz...
-Uuuuuuu komuś się tutaj oberwało - usłyszeliśmy głos za naszymi plecami.
Odwróciłem się. Za nami stał Gray.
================
   Witam. Wiem, że miały być trzy części, ale mi nie wyszło xD Będzie ich cztery albo pięć... Kolejną planuję opublikować w tygodniu, chociaż nie wiem, czy mi się to uda...

środa, 25 lutego 2015

Rozdział 26: Bitwa o Sankt-River. /Część druga.

28.01.1251r.EL, Sankt-River.
   Ruszyliśmy w stronę wyjścia. Kaplica nagle opustoszała. Pewnie cała królewszczyzna uciekła do swoich pokoi.
-O niebiosa! - westchnęła znacząco Alessandra - Oni bez nas baliby się pierdnąć we własny stołek! Nie ma się więc co dziwić, że teraz pokój w Arladii jest zagrożony, skoro Ich Wysokoście trzęsą portkami za zaryglowanymi drzwiami, w nigdy nie zdobytej twierdzy.
Stwierdziłem, że nie odpowiem, jednak Alessandra odezwała się znowu.
-Zaopiekuj się nią. Miała trudne dzieciństwo.
-W dużej mierze przez ciebie - nie wytrzymałem.
-Wiem - spuściła głowę - Każdego dnia żałuję, że podjęłam taką decyzję...
Nie dokończyła, bo Katedrą wstrząsnął ogromny huk. Niektóre witraże pękły, a kawałki kolorowego szkła spadły na podłogę za naszymi plecami.
-Co się stało? - spytałem
-Wdarli się do miasta! - Alessandra ruszyła biegiem. Ja po chwili oszołomienia zrobiłem to samo. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie ma nic szybszego od biegnącej czarodziejki. Alessandra przemieszczała się z oszołamiającą szybkością. Przeskakiwała nad leżącymi na ulicy belkami i gałęziami połamanych drzew. Zręcznie omijała sterty gruzów i zostawione powozy i karoce, blokujące przejście. Z trudem za nią podążałem. Po kilku minutach manewrowania wśród przeszkód nie pozwalających na sprawne pokonanie drogi spod Katedry do Bramy Zachodniej, dotarliśmy do celu. Naszym oczom ukazał się widok bitwy. Armia Gray'a wtargnęła na teren miasta przez zupełnie zniszczoną bramę. Resztka naszych żołnierzy zacięcie broniła wejścia do głębi miasta. Żołnierzami sprawnie dowodził Wolfgang, a Ermyr wspomagał ich zaklęciami. Alessandra wpadła w szał zaczęła ciskać zaklęciami w napastników. Robiła to tak zawzięcie, że aż zaczęła emanować mocą. Jej interwencja wywołała we wrogiej armii poruszenie. Nie atakowali już tak pewnie. Trafiłem w nich zaklęciem wybuchającym. Kilku zginęło, a jeszcze inni zostali przewróceni na ziemię, lub ponieśli ciężkie rany. Nasi żołnierze zaczęli przejmować inicjatywę. Ich atak stał się pewniejszy i bardziej skoordynowany przez Wolfganga. Wrogowie ponieśli ciężkie straty. Nagle za nimi pokazał się Gray. Wycelował swoim czerwonym promieniem w Ermyra. Uniosłem Kostur i posłałem tam wiązkę białego światła, która odbiła zaklęcie Graya.
-Uciekajcie! - krzyknąłem do przyjaciół
-Nigdy! Za Holsanię, do kurwy nędzy i stu burdelów! - krzyczała Alessandra ciskając na oślep wszelakimi zaklęciami.
Nagle w dłoniach Gray'a ukazał się jakiś podłużny kształt. Już wiedziałem, że to jest Berło Taralu.
-Co mam robić? - spytałem w myślach Alessję
- Zaufaj mi, Kacper. W odpowiednim momencie natchnę cię moją mocą. - odpowiedziała bogini.
-W jakim momencie?! On ma Berło Taralu! Alessjo! - odpowiedziało mi milczenie.
-Czemu to robisz? - spytałem patrząc mu prosto w oczy
Zaskoczyło go to pytanie, jednak nie chciał dać tego po sobie poznać.
-Bo pragnę władzy? Pieniędzy? Sławy? Bo pragnę wprowadzić nowy porządek?
-Jesteś chory! - stwierdziłem z pogardą.
-Nie, Kacper, to ty jesteś. Nie rozumiesz powodów, z jakich to robię. Przejdź na moją stronę. W Nowym Królestwie zawsze znajdzie się dla zdolnych i potężnych magów. Jednak musisz wyrzec się Alessji. Czy zrobisz to, żeby ocalić siebie i swoich bliskich?
-Spierdalaj! - odpowiedziałem i cisnąłem w niego morderczym zaklęciem. Odbił to i odpowiedział:
-Sam tego chciałeś, Kacper, drugiej takiej propozycji już nie dostaniesz. Zginiesz razem ze starym porządkiem.
   Wokół niego nagle rozjaśniło się powietrze, w charakterystycznym dla niego czerwonym kolorze. On zniknął, a na jego miejscu pojawiło się kilkanaście ogromnych stworzeń. Były to pająki. Jednak żadne z tych, które znamy na Ziemi. Były to ogromne jak osobowy samochód tarantule, których kończyny zakończone były wielkimi ostrzami, a zamiast jadem pluły pajęczynami. Jednak nie były to zwykłe pajęczyny. Po zetknięciu z celem wybuchały tworząc dziurę w ziemi o średnicy około 1,5 metra. To samo działo się z budynkami
   W myślach nazwałem je "Akromantulami", bo pierwszym moim skojarzeniem były właśnie owe pająki z serii o Harrym Potterze. Tak, więc Akromantule ruszyły do ataku sprawnie omijając wycofujących się żołnierzy Gray'a. Zacząłem w nie ciskać zaklęciami. Zdołałem trafić tylko kilko, bo pomimo swojej wielkości były bardzo szybkie. Podczas śmierci wybuchały. Dlatego najbliższe budynki, w tym spory fragment muru były zniszczone. Jedna z Akromantul zdołała dostać się do Wolfganga, jedna w porę zrzuciłem ją zaklęciem. Pająki siały spustoszenie wśród naszej armii. Ulica pokrywała się z każdą minutą coraz większą ilością porozrywanych ciał. Jednak nie pozostawaliśmy im dłużni. Wszyscy dzielnie je zabijaliśmy. Jednak było to bardzo ciężkie. Po kilku minutach walki na ulicy zostało tylko kilka Akromantul. Największa z nich, może jakiś przywódca, lub coś w tym rodzaju rzucił we mnie siecią. Utworzyłem tarczę obronną, a pajęczyna trafiła w magiczną barierę. Jednak siła wybuchu, która powstała przy uderzeniu odrzuciła mnie do tyłu. Upadłem bardzo boleśnie na plecy. Tarcza zamigotała i znikła. Nade mną ujrzałem szczękoczułki jednej z Akromantul. Próbowała ukąsić mnie w nogę, jednak posłałem w nią magiczny grot, który utkwił jej w odwłoku. Zasyczała z bólu i jeszcze bardziej zdecydowanie przystąpiła do ataku. Odnóża wbiła w moje ubranie przypierając mnie do ziemi. Nie mogłem się poruszyć. Zacząłem się szarpać, ale bezskutecznie. Zaczęła wysuwać w moją stronę swoje szczękoczułki. Podniosłem jednak kostur i z całej siły wbiłem go jej w odwłok. Akromantula zaczęła syczeć i uciekać ode mnie. Po chwili zajęła się ogniem i zmieniła w kupkę popiołu. Wstałem z ziemi i otrzepałem ubranie. Ermyr zabijał wtedy ostatnią Akromatulę.
-Świetna robota, Kacper - odezwał się elf - Gdyby nie ty i Alessandra, to pewnie nie utrzymalibyśmy ulicy.
-Oczywiście, że by tak było - prychnęła Alessandra, a Ermyr pokręcił tylko znacząco głową.
-To była ciężka walka, a najgorsze dopiero nadejdzie. - stwierdziłem
-Chodźmy teraz do Portu. Ponoć tam też jest nie za dobra sytuacja.
-Tak! Pourywam łby tym obsrańcom... - odezwała się z zapałem Alessandra
-Czy ty czasem nie przesadzasz? - spytał z dezaprobatą Emryr
-Ja dopiero zacznę! - odpowiedziała ze złośliwym uśmiechem
***
   W Porcie sytuacja była jeszcze gorsza. Latarnia morska już dawno się zawaliło pod ostrzałem z katapult. Resztka naszych żołnierzy dzielnie walczyła o utrzymanie ulicy Portowej. Jednak wrogowie zwyciężali. Było ich więcej, mieli więcej broni i byli wspomagani przez magów. Ulica usłana była ciałami poległych. Nasi żołnierze zabarykadowali się w pobliskich kamienicach, a armia Gray'a atakowała ze statków. Rzuciłem w jeden z nich kulą ognia i rozpadł się na setki płonących odłamków. Spadł na nas grad strzał. Odbiłem go tarczą.  Do brzegu przybiły trzy kolejne statki. Wysypali się z nich żołnierze krzycząc "Do boju!".  Staliśmy we trójkę. Ja, Alessandra i Ermyr. Nie było wokół nas żadnych żołnierzy, a przeciw nam ruszyło kilkadziesiąt zawodowych wojowników. Ermyr trafił w nich zaklęciem śmiertelnym. Kilku padło. Alessandra rzuciła na nich burzę ognistą. Wywołało to panikę w ich szeregach. Teraz łatwiej było z nimi walczyć. Jednak do brzegu przybiło kolejnych kilka statków. Rzuciłem w ich stronę kilka kul ognistych, ale tylko część sięgnęła celu. Wrogich żołnierzy było już około setki, gdy z pobliskim kamienic w naszą stroną zaczęli biec nasi żołnierze było ich koło 30, może 40. Na ustach mieli okrzyk "Za króla i Holsanię!" Rzucili się do walki z armią Gray'a. Staraliśmy się im pomagać, jak możemy. Rzucałem w nich rozmaitymi zaklęciami. Od kul ognistych, przez zaklęcia odrzucające, kończąc na śmiertelnych. Mocno przerzedziliśmy ich szeregi. A oni nie pozostali nam dłużni. Co chwila jakiś nasz żołnierz padał pod mieczem któregoś z Północnych. Po kilkunastu minutach zaciekłej walki do Portu wpłynął ogromny statek z kilkunastoma żaglami. Wypełniony był aż po brzegi magami, od których moc aż emanowała. A na dziobie, przed resztą stał Gray. Uniósł Berło nad głowę i wypowiedział zaklęcie, którego nie usłyszałem, ale bardzo dobrze odczułem jego działanie. Wokół zrobiło się ciemno i zerwał się okropny wiatr. Nagle walka ucichła. Nawet Alessandra zdołała jako tako opanować choć na moment złość. Wszyscy zamarli wpatrzeni w postać stojącą na przodzie statku. Za nią pojawił się ogromny, krwisto czerwony znak na niebie. Był to wizerunek Arkosha. "Alessjo weź nas w swoją opiekę" - pomyślałem.
-Kacper... - odezwał się wśród ciszy Ermyr - Co to u licha jest?!
-Nie chcesz wiedzieć... - odpowiedziałem - Zarządzam odwrót! Wszyscy za mną do Katedry! Już!
===================
  Dokończenie bitwy w drugiej części sprawiłoby, że byłaby baaardzo długa, dlatego stwierdziłem, że podzielę ją na trzy części. O to druga z nich. Następną i już ostatnią planuję na sobotę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A jak na razie - miłego czytania!

sobota, 21 lutego 2015

Rozdział 26: Bitwa o Sankt-River. /Część pierwsza.

   Alarm wśród ciszy zasypiającego miasta. I nagle huk po prawej stronie, gdzie pocisk z katapulty trafił w kamienicę. Wrzaski ludzi, płacz dzieci, krzyki żołnierzy...
-Chodź - zwróciłem się do Magdy - Musimy wrócić do Katedry. - Zgodziła się, kiwając głową. Zaczęliśmy biec z powrotem. Ludzie zaczęli zatrzaskiwać okiennice i ryglować drzwi. Chyba przeczuwali to, co miało dopiero nadejść. Na skrzyżowaniu dwóch ulic, jednej prowadzącej do jednej z bram i drugiej prowadzącej do Placu Katedralnego, spotkaliśmy grupę żołnierzy, którzy nam zasalutowali.
-Jak sytuacja? - spytałem dowódcę
-Wokół miasta stacjonuje około trzydziestotysięczna armia - odparł dowódca - Mają katapulty. Dużo katapult. Oprócz tego jest około pięciu tysięcy łuczników plus kusznicy. Armią dowodzi Gray.
-Dziękuję, spocznij. Wykonujcie rozkazy Wolfganga.
-Tak jest, sir.
Biegliśmy dalej. Coraz więcej pocisków spadało na miasto. Gruzy zaczęły blokować ulice. Po dotarciu do Katedry naszym oczom ukazała się Armia Holsanii Południowej. Cały plac zajmował tłum żołnierz. Na podwyższeniu dostrzegłem Wolfganga.
-Wolfgang! - krzyknąłem
-Kacper! - zaczął iść w naszą stronę
-Jak sytuacja? - spytałem
Wolfgang spochmurniał i zaczął nerwowo pocierać kark.
-Mamy około 15 tysięcy żołnierzy plus jakiś marny garnizon. Nie wiem czy to starczy
-Musi, Wolfgang. - poklepałem go po plecach i pobiegłem w stronę drzwi do Katedry. Magda biegła za mną.
   Po wpadnięciu do kościoła ujrzeliśmy tłum władców, szlachty i co bogatszych kupców. W oddali ujrzałem Alessandrę.
-Alessandra! - krzyknąłem
-Gołąbeczki! - uśmiechnęła się szeroko
Podeszliśmy do niej.
-Gray oblężył miasto - odparłem - Trzeba ewakuować ludzi. Otwórz portal.
-To nie takie łatwe - odpowiedziała - Nawet my wszyscy razem wzięci nie mamy tyle mocy, żeby otworzyć wystarczająco silny portal.
-Mam przecież Kostur  - odparłem
-To nie tak. Kostur jest to rzeczywiście bardzo potężny, wręcz heroiczny artefakt magiczny, jednak służy on tylko do walki. Potrafi rzeczywiście wspomagać moc zaklęć, ale tylko bitewnych, ofensywnych i defensywnych.
-Mamo, to co zrobimy z tymi ludźmi? Nie ma pewności, że zdołamy obronić miasto. Możemy tu nawet zginąć. - odezwała się Magda
-Spokojna twoja rozczochrana, kochanie. - uśmiechnęła się - To co wy znacie pod nazwą "Katedra" to nie tylko jakiś tam Kościół poświęcony Alessji. Katedra to w rzeczywistości, ogromny, pradawny kompleks świątynny. Jest to główna świątynia Alessji w Środkowej Arladii. Są tylko dwie podobne do tej. W Bohemasidzie, gdzieś na pustyni, i na Północy, w Górach Białych. Katedra jest to dopiero "ganek" prawdziwego kompleksu sięgającego dwóch pięter pod ziemię i dwóch nad. Składa się on z kilkudziesięciu pokoi, zbrojowni, sal jadalnych, kuchni, piwnic, bunkra, ogromnej biblioteki i łaźni. Najstarsze kroniki gildyjne twierdzą, że Katedra, bo tak jest nazywana, wybudowana została przez Elfów około 700-800 lat temu. Według najstarszych planów, grubość murów "Katedry" waha się od 3 do 5 metrów. Nie bez przyczyny Elfy nazwały ją "A'rce Viotaf", co znaczy mniej więcej to samo, co "Cytadela Życia". Nie musicie się więc martwić. Ten budynek jest prawie, że niezniszczalny.
-Nie wiecie jaką mocą dysponuje Gray...- powiedziałem zrezygnowanym głosem
-Nie wiemy - odpowiedziała Alessandra - Ale wiemy, jaką mocą dysponujesz ty, Kacper. I wierzymy, że dasz sobie radę.
-Chciałbym, żeby tak było, Alessandro. - spuściłem głowę - Nie wiesz gdzie jest Jonah?
-Jest w Zaołtarzu*, to te drzwi po lewej - ręką powiodła w stronę owych drzwi.
-Dziękuję. Chodź, Magda.
   Ruszyliśmy w stronę Zaołtarza, omijając krzątających się w tę i we w tę ludzi. Na ławie po prawej strony dostrzegłem Tymusa. Na mój widok splunął na podłogę. Już chciałem do niego podejść, ale Magd złapała mnie za rękaw.
-Zostaw go, Kacper. On nie jest tego wart.
   Dotarliśmy do drzwi prowadzących do Zaołatarza. Było to duże, kwadratowe pomieszczenie, z dużym witrażowym oknem po prawej stronie. Z pokoju prowadziło, łącznie z tymi, przez które weszliśmy, pięcioro, ciężkich, drewnianych wrót. Na środku pomieszczenia stał teraz duży, dębowy stół, na którym leżała mapa miasta. Oświetlał ją duży, żyrandol z kilkudziesięcioma świecami, który wisiał na środku pomieszczenia nad stołem. Nad mapą schylał się Jonah.
-Nie przeszkadzamy? - spytała Magda podchodząc do stołu.
-O! Nie zauważyłem was! Nie, oczywiście, że nie przeszkadzacie. Słyszeliście o ataku?
Potwierdziliśmy skinieniami głów.
-Sytuacja nie wygląda najlepiej, tym bardziej jeżeli Gray może przyzwać Arkosha. Jedyna nadzieja w tobie, Kacper.
-Wiem, zrobię, co w mojej mocy. - odparłem
-Inaczej wszyscy zginiemy.
***
   Sytuacja była bardzo ciężka. Gray posiadał zawodową, trzydziestotysięczną armię. W tym duży oddział łuczników i kuszników. Jego armia wspomagana była przez trzydziestu magów i dziesięć katapult, które stopniowo zamieniały miasto w ruinę. My posiadaliśmy około piętnastotysięczną armię, pięciu magów i zupełnie nie przygotowane do obrony miasto. Naszą jedyną nadzieją był kostur.
***
   Siedząc w milczeniu w Zaołtarzu myśleliśmy o obronie miasta. W pewnej chwili usłyszeliśmy kroki, które z każdą chwilą się zbliżały. Drzwi otworzyły się z hukiem, a do pomieszczenia wpadła zdyszana Alessandra.
-Jebane skurwysyny! - krzyknęła czarodziejka - Szturmują zachodnią bramę! Przywieźli sobie taran, dacie wiarę? Szkoda, że popcornu nie mają!
-Uspokój się, mamo - odezwała się Magda - Powiedz dokładnie, co się dzieje.
-No a co? Mówię nie dokładnie, czy jak? Szturmują bramę! Taranem! - widać było, że Alessandra jest wściekła.
-Jak sytuacja? - spytałem
-Srak, jak nie wiesz jak, Kaper! - darła się czarodziejka. Przez chwilę przeszło mi przez głowę, że zacznie rzucać we mnie zaklęciami - Stara brama jest już prawie roztrzaskana i wyważona z zawiasów. A najgorsze jest to, że nie mamy tylu ludzi, żeby móc jej dobrze bronić.
-Spokojnie - odezwałem się starając się niczym jej nie urazić - Zaraz tam pójdę...
-Jak to PÓJDZIESZ?! - krzyknęła Alessandra - Idę z tobą. Rozpierdolę im te zakute łby, taka jego mać!
-Właśnie, Kacper - odezwała się Magda - Chcesz iść sam? Chyba mnie tutaj nie zostawisz...
-Zrozum, Magda - pogłaskałem ją po policzku -tutaj jesteś bezpieczniejsza niż w pierwszym szeregu walczących...
-Ale ja chcę iść z tobą! - jest uparta, jak matka, pomyślałem.
-Nie chcę cię stracić... Straciłem już za wiele bliskich mi osób...
Spojrzała na mnie błagalnie i miałem jej jeszcze coś powiedzieć, ale przerwała mi Alessandra wściekłym tonem.
-No ile będę jeszcze czekać?! Nie wiem, czy wiecie, ale właśnie teraz te jebane zabaweczki Gray'a próbują rozjebać to miasto!
-Już możemy iść - powiedziałem.
-Kocham cię - wyszeptała mi do ucha Magda.
-Ja ciebie też.
================================
   Siemano! Łapcie rozdział 26! Bitwę o Sankt- River zamierzam opisać w jednym rozdziale, ale wszedłby mi wtedy za długi, więc podzielę go na dwie części. Na razie czytajcie pierwszą. A w tygodniu być może pojawi się druga, ale nic nie obiecuję. Na pewno będziecie mogli ją przeczytać, jak zwykle zresztą, w sobotę. Tymczasem zachęcam Was do czytania i komentowania wszystkich opublikowanych rozdziałów, nie tylko tego. Do następnego! ;)


*1000 wyśwetleń!*

   Cześć! Nie sądziłem, że kiedyś zdobędę taką liczbę wyświetleń. Jest mi bardzo miło z powodu tego, jak przyjmujecie moje posty. Dziękuję Wam za te wszystkie komentarze: niektóre pokrzepiające, niektóre ze słowami krytyki. Bardzo pomogły pisać kolejne rozdziały opowiadania. Jednak nie osiągnąłbym tego  bez Was - moich czytelników. Dziękuję!

niedziela, 15 lutego 2015

Walentynki

   Chciałbym wszystkim czytelnikom "History of my life" złożyć, niestety spóźnione, życzenia walentynkowe. Życzę Wam, żebyście znaleźli, idealną dla Was, drugą połówkę, z którą zostalibyście już do końca życia. Oprócz tego życzę Wam samych sukcesów w miłości i żadnych zawodów. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

~Krystix