niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 35: Droga na skróty.

24.05.1251r.EL, Wielka Pustynia.

   Saladyn wydał rozkaz przeszukania garnizonu i jego okolic. Po kilkudziesięciu minutach żołnierze znaleźli resztę ciał obrońców obozu, za wzgórzem. Leżały bezwładnie pośród kamieni, rzucone niedbale i ograbione z jakichkolwiek kosztowności. Sułtan po otrzymaniu raportu wydawał się być bardzo przygnębiony i zagubiony. W końcu wydał rozkaz rozbicia obozu w garnizonie. Po kolacji przygotowanej z zapasów pozostawionych w obozie położyliśmy się spać, a część żołnierzy pełniła wartę na piaskowcowej palisadzie.

25.05.1251r.EL, Wielka Pustynia.

   Obudziłem się wczesnym porankiem. Z nieba lał się istny żar. Było gorąco jak w piekle. Nawet w namiocie. Wstałem z posłania, które leżało na ziemi i skierowałem się w stronę stolika, na którym stał dzbanek z wodą. Za jednym razem wypiłem prawie całą zawartość naczynia. Po zabiciu pragnienia chwyciłem leżący przy posłaniu turban i założyłem go na głowę, bo jak mówili bohemasidzi, chronił on przed "śmiercią od słońca". Po ubraniu nakrycia głowy wyszedłem na zewnątrz. Na dworze już tętniło życie. Żołnierze i służący krzątali się z kąta w kąt. Część usiadła przy olbrzymim ognisku i zaczęła przygotowywać śniadanie. Ja jednak nie byłem głodny. Poszedłem w lewą stronę, w kierunku namiotu Ermyra i Alessandry. Znajdował się on pod murem, po przeciwnej stronie garnizonu. Po drodze mijałem wielu służących, którzy składali mi ukłony, i wielu żołnierzy, którzy na mój widok salutowali. Odpowiedziałem im skinieniem głowy nawet się nie zatrzymując. Do namiotu Ermyra i Alessandry wpadłem mokry od potu. Klimat w
Bohemasidzie był zdecydowanie nie dla mnie. Zastałem ich, gdy jedli  śniadanie,na jednej z mat leżących na podłodze. 
   -Witam, jak się spało? - spytał przyjaźnie i beztrosko Ermyr
   -Ujdzie - odparłem - A wam?
   -Dobrze - odpowiedzieli z uśmiechem.
   -Co myślicie o tej sytuacji? - spytałem siadając obok nich na macie.
Ermyr przełknął resztkę papki ryżu z sosem i odpowiedział.
   -Bardzo dziwna sytuacja. Cały garnizon nie żyje, a my nawet nie dostaliśmy wiadomości o ataku.
   -Ermyr ma rację - odezwała się Alesandra - To sytuacja jest bardzo podejrzana. Albo Ramadańczycy są świetni w walce i w mgnieniu oka wyrźnęli cały garnizon, albo to jest jakaśpułapka. Ewentualnie jedno i drugie.
PRzez chwilę rozmyślałem nad tym, co od nich usłyszałem.
   -Nie podoba mi się to. Najchętniej wróciłbym już teraz do Oxenfurtu. Sytuacja jest co najmniej podejrzana. Przemierzamy z naszym byłym wrogiem pustynię, w poszukiwaniu oznak wojny. Znaleźliśmy opustoszały fort i stos ciał niedaleko niego. Nie widzieliśmy żadnej walki, niczego.
Do namiotu wszedł sługa Saladyna i skłonił się nam nisko.
   -Sajlim, Sułtan prosi abyście udali się do niego niezwłocznie. - powiedział cicho sługa.
   -Powiedz sowjemu panu, że udamy się do niego zaraz po śniadaniu - odpowiedziałem.
Sługa ukłonił się ponownie i w pośpiechu opuścił namiot. Poczekałem aż Ermyr i Alessandra dokończą posiłem, po czym razem z nimi skierowaliśmy się do namiotu Saladyna. Zastaliśmy go dokańczającego śniadanie. Gdy skończył jeść służący zebrali naczynia i skłonieni wyszli szybkim krokiem. 
-Witajcie - odezwał się sułtan - Jak się spało? - dłońmi wskazał nam trzy duże poduszki, które leżały naprzeciwko niego, na dywanie. Za niskim, hebanowym stołem znajdowałą sięczwarta poduszka, z której sułtan się podniósł - moda Bohemasidu.
   -Dobrze, dziękuję. - odpowiedziałem siadając. Saladyn również uiadł. Po chwili dołączyli do nas również Saladyn i Alessandra.
   -Dlaczego nas tutaj wezwałeś? - spytałem
Sułtan westchnął i upił duży łyk z leżącej na stole manierki.
   -Prawda jest taka - konspiracyjnie przechylił się nad stołem - że nie wiadomo, co się stało. W odległości kilkudziesiąciu kilometrów nie ma żadnej osady. Nikt nie wie, co się stało. Jedyne, co wiemy, to to, że nikt z garniuzonu nie przeżył. 
   -Nie dostaliście w Arnavie jakiejś wiadomości o tym garnizonie? Może o jakimś ataku? - zapytałem
   -No właśnie nie. Nic a nic. - sułtan przecząco kręcił głową - Nic nie wskazywało, że zastaniemy garnizon w takim stanie.
   -Co zamierzasz zrobić, panie? - odezwał się Ermyr
   -Nie wiem i właśnie dlatego was tutaj wezwałem, chciałbym, żebyście mi doradzili. - odpowiedział wodząc wzrokiem po naszych twarzach.
   -Może udamy się do najbliższego garnizonu? - powiedziała Alessandra - Być może tam będą mieli jakieś wieści...O ile oni jeszcze żyją...
   -To nie jest taki głupi pomysł - powiedziałem w zamyśleniu - Powinniśmy tak zrobić.
   -Skoro tak uważacie, to niech tak będzie. - stwierdził Sułtan - Przygotujcie się więc do poróży, za dwie godziny wyruszamy.

***

   Z garnizonu wyruszyliśmy niemal w samo południe. Skwar ciążył nam niemiłosiernie, a droga dłużyła się w nieskończoność. Podróż była bardzo męcząca, ponieważ wielbłądy zapadały się w piasek i kilkakrotnie zdarzyło nam się je wyciągać. Sułtan postój zarządził dopiero o zmierzchu. Powietrze było już wyraźnie chłodniejsze, ale piasek nadal parzył przez buty. Po zejściu z wielbłądów udaliśmy się w stronę miejsca, w którym służący zaczęli rozkładać nam namiot. Alessandra wyglądała na bardzo złą. Widocznie nie tylko mnie ta podróż zmęczyła.
   -Stało się coś? - spytałem jej najdelikatniej jak potrafiłem. Czarodziejka odwróciła się do mnie i spiorunowała mnie wzrokiem.
   -Nie nic, się nie stało - uśmiechnęła się ironicznie - Przez cały dzień jechałam w ponad czterdziestostopniowym upale, na jakich zawszonych szkapach, które śmierdzą gównem jak stąd do Agavy, ale nie wszystko w porządku. Miło, że pytasz. A co u ciebie?
Spojrzałem na Ermyra, który znając temperament Alessandry również nic nie odpowiedział.
   - Ale z tymi wielbłądami to przesadziłaś... - wypaliłem. Alessandra prychnęła ostrzegawczo i odeszła w drugą stronę.
   - Ehh... - odezwał się Ermyr - ona robi się coraz bardziej nieznośna.
Uśmiechnąłem się do niego szczerze.
   -Żebyś wiedział...
   -No ale w jej wieku to nic dziwnego, że jest zrzędliwa - stwierdził elf.
Jego komentarz zupełnie zbił mnie z tropu.
   -W jej wieku? - spytałem unosząc brew.
   -No tak... - Ermyr wyglądał na zdziwionego pytaniem.
   -To ile Alessandra ma lat? - byłem coraz bardziej zdezorientowany.
   -Wiesz... - zaczął z uśmiechem - Tak do końca, to sam nie wiem... Ale gdzieś tak koło stu czterdziestu.
Nie ukrywałem zaskoczenia.
   -Przecież wygląda na co najwyżej czterdzieści!
   -Magia, Kacper, magia - odparł z uśmiechem Ermyr i wszedł do namiotu, którego przed chwilą skończyli rozkładać słudzy.
   -Dosłownie magia... - mruknąłem pod nosem i ruszyłem za nim.

***

   Po zjedzeniu kolacji Sułtan wezwał nas do siebie. Znajdowaliśmy się w jego namiocie, razem z jego ludźmi. Saladyn chciał omówić z nami kwestię kolejnych działań odnoście najazdu Ramadańczyków.
   - Kolejny fort, który znajduje się na granicy Bohemasidu to El Sonne - powiedział sułtan - Jest on w odległości około dnia drogi stąd. Gdy wyruszymy jutro o świcie powinniśmy tam dojechać przed zachodem słońca. Tam ustalimy, co robić dalej. Ma może ktoś jakieś sugestie? - rozejrzał się po zgromadzonych.
   Po chwili z szeregu żołnierzy Saladyna wyszedł niski, krępy na oko piędziesięcioletni mężczyzna, z charakterystycznym wąsem. Ukłonił się i rzekł
   -Ja, Sajlim.
   -Mów, Pash'o. - gestem pozwolił mu sułtan.
   -Proponuję, żebyśmy przejechali przez pobliski kamienisty wąwóz. Zaoszczędzimy wtedy prawie trzy godziny, Sajlim. - skłonił się ponownie.
   -Hmmm... ciekawy pomysł, Pash'o. Ale czy to aby nie jest niebezpieczne? - Saladyn nie wyglądał na przekonanego.
   -Nie, skądże, Sajlim. Sam wielokrotnie, będąc na służbie, tamtędy jeździłem. - kolejny ukłon.
   -W sumie, dlaczego by nie? - Saladyn zaczynał stępować - Chyba, żę ktoś ma coś przeciwko? - rozejrzał się wokół - A, więc zróbmy tak, jak mówisz. Wyśpijcie się, bo jutro o świcie wyruszamy.
Nie podobał mi się ani ten człowiek ani tym bardziej ten jego szemrany pomysł. Miałem w związku z tym złe przeczucia. I niestety okazało się, że słusznie.

====================================

   Witam wszystkich, którzy jeszcze zostali na moim blogu ;). Tak, wiem, że rozdziałów miało nie być do końca roku szkolnego, jednak moje lenistwo zwyciężyło i piszę dla Was dopiero teraz. Jednak wracam do pisania ze zdwojoną siłą i determinacją! ;P Kolejną dobrą wiadomością jest fakt, że zważywszy na dużo wolnego czasu jest ogromna szansa, że rozdziały będą pojawiać się kilka razy w tygodniu, jednak niczego nie obiecuję ;D.
   A tymczasem miłego czytania i do zobaczenia w przyszłych rozdziałach! ;)

poniedziałek, 25 maja 2015

I URODZINY BLOGA

   Witajcie ;) Dzisiaj (25 maja 2015r.) mija równy rok odkąd opublikowałem pierwszy rozdział historii o Kacprze. Na początku chciałbym ogromnie Wam podziękować, za to, że jesteście tutaj razem ze mną, czytacie mojego bloga i dzielicie się ze mną swoimi opiniami i odczuciami. Bo przecież bez Was nie pisałbym dalej tego powiadania. Bywały, w historii "History of my life", chwile lepsze i gorsze. Raz byliście aktywni bardziej, raz mniej... Ale i tak dajecie mi ogromną satysfakcję Waszym zainteresowaniem moim opowiadaniem. Jeszcze raz Wam za to dziękuję :)
   A teraz może troszeczkę cyferek xD W ciągu tego roku na blogu uzbierało się:
- 1897 wyświetleń;
- 48 postów (w tym 34 rozdziały, z czego rozdział 11 podzielony był na 2 części, a rozdział 26 na 4.)
- 105 komentarzy.
    Jeszcze rok temu nie pomyślałbym, że mój blog odniesie taki sukces. Co prawda niecałe 2000 wyświetleń to nie jest jakaś przeogromna liczba, jednak na pewno mnie satysfakcjonuje. Mam nadzieje, że kolejny rok nie będzie gorszy, pod względem Waszego zainteresowania moim blogiem, od tego, który dzisiaj się kończy.
    Jeszcze raz Wam z całego serca dziękuję.

Krystix

sobota, 23 maja 2015

Rozdział 34: Opustoszały garnizon.

24.05.1251r. EL, Arnava.

   Obudziłem się bardzo wcześnie. Za oknem dopiero wstawało różowe, pustynne słońce. W sypialni było jeszcze chłodno, dlatego odrzuciłem na bok kołdrę, żeby nacieszyć się przyjemnym zimnem na zapas. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na pokój, w którym się znajdowałem. Leżałem na ogromnym łożu z podtrzymujących baldachim przywiązane były czerwone, jedwabne zasłony, którymi można było zasłonić całkowicie łoże. Łóżka przykryte było nieskazitelnie białą, jedwabną pościelą. W górze łoża leżało kilkanaście, kolorowych, ręcznie haftowanych poduszek. Oprócz luksusowego łóżka w pokoju było kilka innych mebli. Na podłodze leżał ogromny, przyozdobiony złotą nicią, agavski dywan. Po lewej stronie znajdował się marmurowy kominek, pod którym leżało futro z tygrysa. Po prawej stronie od drzwi, naprzeciwko łóżka stała mahoniowa komoda. Naprzeciwko kominka znajdowały się trzy szeroko otwarte okna. Pod jednym z nich stał mahoniowy stół z czterema również mahoniowymi, obijanymi jedwabiem, krzesłami. Na stole leżało dla mnie czyste ubranie, w które miałem się przebrać. Zauważyłem, że jest to ubranie bohemasidzkie, ewidentnie przystosowane do podróży prze pustynię. Wstałem z łóżka i zdjąłem stare ubranie, po czym położyłem je obok nowego. Założyłem nowe ubranie i podszedłem do okna. Za oknem widziałem, jak budził się pałac. Kilku służących na dziedzińcu poiło wielbłądy, które został przed chwilą wyprowadzone ze stajni. Po napojeniu zwierząt, służący zabrali się za czesanie ich splątanych sierści. Wielbłądy zareagowały na to pomrukami pełnymi niezadowolenia. Po skończeniu czesania zwierzęta znów znalazły się w stajni, a zajmujący się nimi przed chwilą służący zaczęli zamiatać nierówny kamień, którym wyłożony był pałacowy dziedziniec. Trudzili się przy tym bardzo, bo dziedziniec usłany był ,miejscami nawet kilkucentymetrową, warstwą piasku. Musiał przynieść nią wiatr, który zerwał się w nocy. W tamtym momencie szczerze współczułem służącym, którzy musieli robić to najprawdopodobniej codziennie.
baldachimem. Do rzeźbionych słupków
   Od okna oderwało mnie energiczne pukanie do drzwi.
-Proszę. - powiedziałem kierując się w stronę drzwi, które otworzyły się, a w nich stanął Ermyr, również ubrany w bohemasidzki strój, jednak jego ubranie było dużo mniej wyszukane niż moje.
-Widzę, że wstałeś - powiedział omiatając wzrokiem pokój - Na stole w salonie masz śniadanie zjedz je i zejdź na dziedziniec.
Pokiwałem mu głową na potwierdzenie jego słów, a Ermyr wyszedł zamykając za sobą drzwi. Podszedłem do lustra wiszącego an ścianie i przejrzałem się w nim. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że stan mojej fryzury jest niezadowalający, więc przyklepałem włosy dłońmi. Teraz wyglądały dużo lepiej. Pomaszerowałem do salonu, gdzie jak mówił Ermyr na stole czekało na mnie śniadanie. Na porcelanowym talerzu znajdowało się kilka tostów, a obok nich trochę konfitur z nieznanych mi owoców. Koło talerza leżały również srebrna łyżka, widelec i nóż, ale stwierdziłem, że do zjedzenia tostów wystarczą same ręce. Chwyciłem jednego tosta, potem drugiego i dwa następne i jeden po drugim jadłem, powoli przeżuwając. Po skończonym posiłku zauważyłem, że na stole stoi również lampka czerwonego wina. Przez chwilę zastanowiłem się, czy powinienem pić alkohol przed podróżą, ale stwierdziłem, że nie zrezygnuję z tej przyjemności i zacząłem powoli sączyć czerwony napój z kieliszka. Po skończonym posiłku wyszedłem z moich apartamentów i wkroczyłem  w plątaninę korytarzy. Po kilku minutach stwierdziłem, że nie wiem, gdzie jestem. Zawołałem do siebie przechodzącą obok służącą, która podeszła do mnie po czym ukłoniła się nisko.
-Zaprowadziłabyś mnie na dziedziniec? - spytałem uprzejmie.
Dziewczyna dopiero teraz spojrzała mi w oczy. Jej duże, brązowe, niemal czarne oczy wpatrywały się we mnie wzrokiem pełnym spokoju i podziwu. Wiatr, który zawiał od strony otwartego okna rozwiał jej kruczoczarne włosy. Które z wdziękiem poprawiła. Jej ciemna cera odbijała blaski wschodzącego słońca.
-Oczywiście, Bojledżje, Sajlim. - dygnęła lekko i zaczęła kierować się w przeciwną stronę. Po kilku minutach stanęliśmy przed drewnianymi  drzwiami.
-To tutaj, Sajlim. - powiedziała wskazując na potężne wrota.
-Dziękuję - powiedział z uśmiechem, na który odpowiedziaa również uśmiechem, po czym dygnęła i znikła w plątaninie korytarzy. Chwyciłem za mosiężną klamkę i wyszedłem na dziedziniec. W koło fontanny panował niesamowity gwar. Po lewej stronie służący wyprowadzali wielbłądy ze stajni, a część z nich czesała już przyprowadzone zwierzęta. Po prawej stronie czekało kilkudziesięciu ludzi, pogrążonych w dyskusji. Wśród moich strażników i ludzi Saladyna, odnalazłem Ermyra i Alessandrę żywo dyskutujących z sułtanem.
Zacząłem iść w ich stronę, zręcznie omijając krzątających się wszędzie służących. W pewnym momencie poczułem dosyć silne uderzenie w prawe biodro. Obejrzałem się i zobaczyłem kilkuletniego chłopca, trzymającego się za głowę. Uklęknąłem przy nim.
-Nic ci się nie stało? - spytałem łagodnie.
Chłopiec popatrzył na mnie wystraszonymi, brązowymi oczami. Otworzył usta, ale szybko je zamknął, jakby bał się odezwać.
-Hm? - ponagliłem go delikatnie.
W końcu zdobył się na odezwanie się.
-N-nie, Sajlim. - powiedział cichutko - przepraszam, Sajlim.
Zaczął się podnosić z ziemi, pomogłem mu w tym.
Nic się nie stało -powiedziałem ze szczerym uśmiechem.
-Mustafa! - usłyszałem damski głos z tyłu - Co ty znowu wyprawiasz?!
Obejrzałem się i zobaczyłem biegnącą w moją stronę dziewczynę. Była to ta sama służąca, która zaprowadziła mnie na dziedziniec.
-Przepraszam...ja nie chciałem - chlipał chłopiec.
-Dostaniesz lanie w domu! - powiedziała, gdy już do nas podbiegła. - Przepraszam najmocniej, Sajlim to się nigdy więcej nie powtórzy, naprawdę - powiedziała do mnie.
-Nic sięnie stało, nie denerwuj się - powiedziałem z uśmiechem. - Nie płacz. - powiedziałem głaszcząc chłopca po głowie.
-Co tu się dzieje?! - jak grom zabrzmiał głos Saladyna, który wraz z Ermyrem i Alessandrą pojawili się przy nas. Spojrzałem na służącą. Była przerażona. W jej oczach widziałem nieme błaganie.
-A co miałoby się dziać, Saladynie? - spytałem z uśmiechem - Gawędzę sobie z twoją służącą.
Na twarzy dziewczyny odmalowała się widoczna ulga. Saladyn spojrzał na służącą podejrzliwie.
-To prawda? Afrah? - powiedział do dziewczyny.
-Tak, Mej Sajlim. - powiedziała skłaniając się pokornie.
-Wracaj zatem do swoich zajęć. Już! - powiedział oschłym, pełnym wyższości tonem.
Dziewczyna ukłoniła się nisko, każdemu z nas osobno, wzięła Mustafę za rękę i zaczęła iść, a właściwie biec w stronę, z której przyszła.
-Jest już późno, Kacper - powiedział do mnie Saladyn. - Wsiądźmy na wielbłądy.
-Myślałam, że pojedziemy powozem - odezwała się z wyrzutem w głosie Alessandra.
Saladyn wyglądał na zszokowanego.
-Powozem?! - powiedział nie kryjąc zaskoczenia - Na wojnę?!
Alessandra zamilkła. Razem z Ermyrem wymieniliśmy szczere uśmiechy. Rzadko zdarzało się, że ktoś umiał "przegadać" Alessandrę. Ale Sułtan bez wątpienia posiadał tą rzadką umiejętność.

***

   Po tym, jak wsiedliśmy na wielbłądy, zaczęliśmy kierować się w stronę południowej bramy. Po wyjeździe z miasta kierowaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów na południe, do garnizonu, który był jednym z wielu utworzonych wzdłuż południowej granicy Sułtanatu w celech bezpieczeństwa.
   W oddali majaczyła palisada i ukryte za nią żołnierskie namioty. Pomimo tego, że było już niemal ciemno, w całym obozie nie paliło sięani jedno ognisko. Brama do garnizonu również stała otworem, a w wieży strażniczej nie było żołnierzy. Po wjechaniu na teren garnizonu okazało się, że tutaj równieżjest pusto. Skierowaliśmy siędo namiotu setnika. Po wejściu do namiotu odkryliśmy straszny widok. Na sznurze, przymocowanym do jednej z belek podtrzymujących konstrukcję, wisiał setnik garnizonu. Jego twarz była sina. A wybałuszone oczy zaszły krwią. W ranach po odciętych uszach zdążyła zaschnąć już krew. Natomiast na ranach po odciętych dłoniach już roiło się od wszelakiego robactwa. Setnik przez szyję miał przewieszony sznurek, na którego końcu miał małą kartkę. Podszedłem i chwyciłem za nią. Na żółtym papierze nabazgranych było kilka liter, jednak nie mogłem ich odczytać. Podałem kartkę Saladynowi. Po chwili zabrzmiał jego trzęsący się głos.
-Koniec jest bliski.
===========================================

   Rozdział 34 :) Zapraszam do czytania i pisania komentarzy :D

niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 33: Rozmowa z Sułtanem.

   Przez plątaninę korytarzy dotarliśmy do Sali Obrad. Było to duże, przestronne pomieszczenie. Ściana na przeciwko drzwi była otwarta i składała się z arkad zdobionych bohemasidzkimi ornamentami. Za arkadami rozciągał się przepiękny widok. W słonecznym blasku świeciły się złote dachy arnavskich wież. Dalej, za plątaniną ulic, placów i różnego rodzaju budynków, majaczyły równe, jak od linijki, słynne arnavskie mury. Wśród mieszkańców 'Pol Nacy' można było usłyszeć legendy o ich grubości. Wieśniacy twierdzili, że szerokość tych murów sięga kilkunastu metrów, jednak prawdą było, że mury miały góra kilka metrów długości. W oddali, za budynkami Arnavy, za murami i za fosą, rozciągała się nieprzebrana pustynia. Gdzie się nie spojrzało znajdował się piach. Nigdy nie widziałem tyle piasku w jednym miejscu. Przy samym horyzoncie, bardzo daleko ode mnie, może nawet kilkanaście kilometrów, widać było Cieśninę Agavską. Nawet tutaj, w Arnavie, słychać było cichuteńki szum morskich fal.
   Podziwianie widoków przerwał mi Ermyr wymownym chrząknięciem.
-Wolałbym, abyśmy porozmawiali na osobności - odezwał się niepewnie Saladyn, zerkając w stronę Ermyra i Alessandry.
Aleessandra zareagowała na to zawistnym spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Spojrzałem na moich towarzyszy wymownym wzrokiem, jednak żadne z nich nie kwapiło się zbytnio do opuszczenia sali.
-Poczekajcie na zewnątrz - powiedziałem.
Oboje po chwili, lecz z wyraźnym niezadowoleniem, ruszyli w stronę drzwi.
-Zasiądźmy - Saladyn wskazał na krzesła, które stały przy masywnym, okrągłym stole wykonanym z nieznanego mi, tropikalnego drewna. Zasiadłem na jednym z siedzeń. Saladyn usadowił się również. Pomiędzy nami był dystans jednego krzesła.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że sytuacja jest poważna. Inaczej nie prosiłbym cię o pomoc - zaczął z poważną miną, a po tym, jak przytaknąłem ruchem głowy kontynuował - Ramadańczycy prą na przód w zastraszającym tempie. Moja armia ponosi ogromne straty. Moi żołnierze są zmuszeni cofać się nawet o kilka kilometrów dziennie. A oprócz tego wybuchła epidemia.
-Epidemia? - zdziwiłem się - W Arnavie nie widać żadnych jej oznak.
-Bo jeszcze tutaj nie dotarła. - odparł Sułtan - Nasi medycy rozkładają ręce. Nigdy nie widzieli takiej choroby. Jedyne, co o niej wiemy, to to, że czarodzieje mają na nią immunitet. Choroba, którą nazwaliśmy 'Meredel Mm' Out'*,, zdziesiątkowałą Bohemasidzką Armię. Chorują ludzie, konie i bydło. Śmierć przychodzi w ciągu kilku dni. Jeśli nie uda nam się jej powstrzymać, za kilka tygodni nie będzie miał kto walczyć.
-Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie? - spytałem poważnym głosem - Jeszcze nie dawno wysłałeś wojska na mój kraj, gdy ja walczyłem z Gray'em.
Pomiędzy nami nastała nieprzenikniona niczym cisza. Sekundy wlokły się niemiłosiernie. W końcu Saladyn odezwał się niepewnym głosem, wbijając wzrok w podłogę.
-To nie tak - powiedział - On.. On mnie zmusił. Któregoś dnia przyjechał tu do mnie ze swoją strażą. To byli czarodzieje. Zażądali, abym zaatakował Południe. Nie zgodziłem się. Gray się wściekł. Rozkazał znaleźć swoim żołnierzom Aidę. Rozgorzała walka. Moi żołnierze pałacowi nie mieli szans. Większość z nich zginęła. Gray powiedział, żę jeżeli nie przystanę na jego warunki, to on zabije Aidę. - Spojrzał na mnie. W oczach miał łzy. Nigdy nie widziałem tak zrozpaczonego człowieka. Byłem na niego wściekły, że tak postąpił, jednak jednocześnie było mi go żal, z powodu tego, co musiał przeżyć - Musiałem to zrobić, zrozum.
Znów nastała nieręczna cisza. Nikt z nas się nie odzywał. Po prostu nie wiedziałem, co powiedzieć. Pocieszyć go? Zbesztać? Na szczęście Saladyn mnie wyręczył i znów odezwał się pierwszy.
-Pomożesz mi? - spytał błagalnym tonem.
Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Nie byłem pewien, czy po prostu nie zmyśla i czy to nie jest jego jakaś jedna wielkie intryga. Miałem powody by tak sądzić. Kilka miesięcy wcześniej skończyła się wojna pomiędzy naszymi państwami. A po za tym nie widziałem póki co nic, co potwierdzałoby jego słowa. Nie spotkałem żadnego Ramadańczyka, żadnej wdowy płaczącej o mężu, który zginął na wojnie. Nie było widać żadnych oznak owej zarazy. Nikt nie lamentował. Nikt nie modlił się w licznych świątyniach o uzdrowienie, czy zwycięstwo. Nikt nawet nie chodził smutny, czy przygnębiony. Życie toczyło się swoim zwykłym torem. Ulice pełne były przekupek i szemranych handlarzy. Na palcach odbywały się występy ulicznych grajków i poetów. Po kątach kryły się wróżbiarki, które tylko czekały na samotnego przechodnia. Strażnicy, tak jak zwykle, zaczepiali kobiety na ulicach i śmiali się, opowiadając sprośne żarty. W licznych dworach i pałacach arystokratów, co tydzień odbywały się uroczyste bale. Gościła tam sama śmietanka bohemasidzkiego społeczeństwa. W dzielnicy biedoty, w gospodach siedzieli hazardziści i pijani podróżni. Inni bili się na pieniądze, albo okradali samotnych podróżnych pod osłoną nocy. Słowem, życie toczyło się swoim zwykłym, hucznym torem. A śladów wojny, czy chociażby jakiś nieszczęść nie było widać.
- Nie wiem - odparłem wstając z krzesła. Zacząłem chodzić w kółko, pocierając w zamyśleniu podbródek. - Musiałbyś mi najpierw pokazać jakieś dowody, świadczące o tym, że to co mówisz jest prawdziwe. Bo przynajmniej utaj, w Arnavie, nie widać żadnych śladów wojny, o której mówisz.
-Dobrze - kiwnął głową - Jutro możemy wyruszyć na front. Możesz zabrać ze sobą swoich ludzi.
-Do jutra, więc. - Odparłem i pomaszerowałem w stronę drzwi na korytarz. Za drzwiami czekjali na mnie Ermyr i Alessandra. Gdy otworzyłem drzwi zerwali się na równe nogi z kanapy, która stałą pod ścianą.
-Co ustaliliście? Będzie wojna? Co z Aidą? - mówili jeden przez drugiego.
-Potem - powiedziałem zniecierpliwiony i wezwałem jednego ze służących Saladyna. Młody chłopak był niemal nagi. Jedyne, co miał na sobie, to cienka przepaska na biodrach. Jego widok wzbudził we mnie zniesmaczenie, jednak starałem się tego nie okazywać i zachowywać się, jakgdyby widok półnagich służących był w stu procentach normalny i powszechnie dostępny.
-Zaprowadź mnie do mojej komnaty.
- Bojledżje, Sajlim** - chłopak skłonił mi się nisko i ruszył korytarzem w stronę przeciwną do tej, z której przyszliśmy. Zacząłem iść za nim, a Ermyr i Alessandra ruszyli za mną.
Mijaliśmy wiele ludzi, którzy wykazywali nami żywe zainteresowanie. Mężczyźni kłaniali się nisko, damy chichotały spoglądając figlarnie w moją stronę. W końcu dotarliśmy do naszych apartamentów. Chłopak otworzył nam drzwi i wpuścił na do środka, po czym wszedł za nami i zamknął drzwi. Skłonił się ponownie i rzekł:
-W czym mogę służyć, Sajlim?
-Dziękuję, możesz odejść - odparłem z uśmiechem, wywołanym przez jego zabawny, bohemasidzki akcent, który bardzo się rzucał w oczy, gdy chłopak posługiwał się Naszą Mową. Gdy sługa wyszedł rozejrzałem się po pomieszczeniu. Był to salon. Po prawej stronie znajdowały się dobowe drzwi, dlaej pod ścianą był kominek, a wokół niego fotele i mnóstwo poduszek, za kominkiem stał ogromny, masywny regał z książkami. Na przeciwko mnie, na środku pomieszczenia stał średniej długości, prostokątny stół, przy którym stało sześć krzeseł, nad nim wisiał ogromny, złoty żyrandol, z charakterystycznymi dla Bohemasidu meandrami. Na przeciwległym końcu pokoju znajdowały się dwa olbrzymie okna z lewej i prawej strony ściany, a na środku znajdowało się wyjście na obszerny taras. Po lewej stronie było troje drzwi, pomiędzy każdą parą drzwi znajdował się stolik, a na nim doniczka z obcą mi rośliną, która kwitła przepięknie na silnie fioletowy kolor. Pierwsze drzwi od lewej prowadziły do sypialni Alessandry, środkowe do pokoju Ermyra, a ostatnie do mojej sypialni, z której było wejście do mojej prywatnej łazienki i biura. Natomiast drzwi, które znajdowały się po prawej stronie salonu, prowadziły do wspólnej łazienki Ermyra i Alessandry. Alessandra chrząknęła wyczekująco. Spojrzałem na nią na jej twarzy wymalowana była ciekawość i znużenie.
-Powiesz nam wreszcie, o czym rozmawiałeś z Saladynem? - spytał Ermyr.
-A o czym mogliśmy rozmawiać? - odparłem z uśmiechem
-Nie widzę w tej sytuacji nic zabawnego - powiedział Ermyr karcącym tonem.
-No dobrze, przepraszam - powiedziałem, nadal się uśmiechając. W skrócie streściłem im cały przebieg rozmowy z Saladynem.
-Wierzysz mu? - spytała Alessandra odsuwając i siadając na krześle.
-A mam powody, żeby mu nie wierzyć? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- W Arnavie jakoś tej strasznej wojny nie widać... - powiedziała z ironią
-Toteż mu to powiedziałem.
-Masz zamiar jechać na front? - spytał Ermyr.
-Tak. A jak inaczej mamy się przekonać czy mówi prawdę? Chyba tylko tak.
-Pojedziemy na front, albo do jakiegoś lasu, gdzie nas zamordują...- powiedziała kwaśno Alessandra.
-Po pierwsze - odparłem z uśmiechem - Nie słyszałem, żeby na pustyni rosły lasy - fuknęła na mnie z dezaprobatą - A po drugie wezmę swoich ludzi. W razie potrzeby mogą się przydać.
-Nadal nie uważam, żeby to był dobry pomysł - powiedziała czarodziejka stanowczym głosem.
- A masz jakiś lepszy? - odpowiedziała mi cisza, więc kontynuowałem - Połóżcie się już spać, z tego co wiem, to wyjeżdżamy o świcie.

======================

*po bochemasidzku: 'śmietelna choroba, plaga, epidemia'

** po bohemasidzku: 'tak, panie'

==========================

   Witam wszystkich! Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście! :) Wiem, że mnie długo nie było, jednak dokuczał mi brak weny i czasu. Mam nadzieję, że uda mi się to Wam wynagrodzić. Tymczasem zostawiam do Waszej oceny rozdział 33. Trzymajcie się i do następnego! :)

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział 32: Witaj Arnavo!

   Chciałem jak najszybciej skierować się w stronę głosu. Pragnąłem być znów blisko Magdy, zobaczyć ją choć na chwilkę... Całym sobą pragnąłem jak najszybciej znaleźć źródło głosu. Jednak coś wewnątrz mnie mówiło mi, że to wszystko jest nieprawdopodobne, podejrzane... Resztkami rozsądku powstrzymałem się od szaleńczego biegu przez ciemność.
   Zacząłem kierować się w stronę małego światełka, daleko przede mną. Wokół cały czas echem odbijał się ów głos. Bez przerwy nawoływał do zawrócenia. Byłem boleśnie rozdarty w środku. Z jednej strony ogromnie pragnąłem znów zobaczyć Magdę, ale z drugiej zdrowo rozsądek nakazywał ostrożność. Znów zawrzała we mnie walka. Przez chwilę zaczęła wgrywać rozpacz z powodu straty Magdy. Z wysiłku moje całe ciało porył pot. Zatrzymałem się. Już miałem zamiar się cofać, jednak ostatkami sił znów ruszyłem w stronę światła, do którego konsekwentnie zacząłem zmierzać. Wokół znowu rozbrzmiał znajomy już głos. Jego wołania stały się bardziej rozpaczliwe, chwytające za moje nadal rozżalone serce. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że ktoś stoi za mną. Jednak, gdy się odwróciłem nikogo tam nie ujrzałem. Z ogromnym trudem po raz kolejny stawiałem stopy na spowitej przez ciemność ziemi. Światło portalu do Arnavy było coraz bliżej. Dzieliło mnie od niego zaledwie kilka metrów, gdy w mojej głowie zaczął krzyczeć głos:
-KAAAACPER! NIE ZOSTAWIAJ MNIE TU!!! KACPEEEEER!!!
   Znów się zatrzymałem. W moim wnętrzu kolejny już razem zawrzała walka. Już po raz drugi ostatkami sił powstrzymałem się od natychmiastowego biegu w ciemność i zacząłem znów kierować się w stronę portalu. Już prawie byłem u celu. Jeszcze kilka kroków. Już! I wtedy wydarzyło się coś najbardziej przerażającego z całego mojego pobytu w tym dziwnym miejscu, zawieszonym między wymiarami. Jestem w stanie przysięgnąć, że gdy wchodziłem do portalu na mojej dłoni poczułem dotyk dłoni kogoś innego. Dłoni zimnej, wręcz emanującej chłodem...Ale dłoni.

***

   Z portalu dosłownie wyleciałem. Siła magii wyrzuciła mnie z niego tak mocno, że z impetem huknąłem o ziemię. Z cichym jękiem bólu, z powodu obolałego od uderzenia ciała, wstałem i otrzepałem swoje królewskie szaty. Zorientowałem się, że nadal jestem cały spocony. Można właściwie powiedzieć, że byłem wtedy cały mokry. Podczas najmniejszego choćby podmuchu wiatru, moje ciało ogarniał przejmujący chłód, od którego dostawałem gęsiej skórki.
   Rozejrzałem się wokół byłem w jakimś przestronnym pomieszczeniu. Duże, zwieńczone łukiem okna wpuszczały do środka dostatecznie dużo światła, żeby nie musiała się tu palić żadna świeca. Wokół, we wnękach w ścianach, stały ogromne, dębowe regały, na których znajdowały się tuziny traktatów magicznych. Było ich wiele rodzai, jednak w tym pomieszczeniu, z uwagi na portal, było wiele dzieł na temat portali magicznych. Odwróciłem się i spojrzałem z uwagą na portal. Ten tutaj, w Arnavie, różnił się troszkę od tego w Oxenfurcie. Był również łukiem, jednak miał dużo bardziej strzelisty kształt i był zwyczajnie większy. Kolumny arnavskiego portalu nie miały płaskorzeźb ich deseń był niemalże idealni gładki. Ostatnią różnicą pomiędzy portalami w obydwu miastach było to, że ten arnavski nie był zrobiony z marmuru, tylko z wszechobecnego w Sułtanacie piaskowca. Po chwili zorientowałem się, że ściany i posadzka komnaty również zrobione były z piaskowca. Ten na podłodze był w kolorze bladego piasku, natomiast ten, z którego zbudowane były ściany, miał odcień bardziej w kolorze pomarańczu.
   Moje rozmyślanie na temat rodzai piaskowca przerwało silne otwarcie drzwi, które z impetem uderzyły o ścianę, z której posypał się kurz i trochę tynku.
-Kacper! - krzyknął na "dzień dobry" Ermyr - Tak się o ciebie martwiliśmy!
-Jak to się martwiliście? - byłem zbity z tropu, tym co powiedział Elf.
-Chłopaku! - Ermyr był wyraźnie rozdrażniony - Zniknąłeś w portalu na ponad godzinę!
Przez chwilę milczałem. Musiało do mnie dotrzeć to, co powiedział Elf.
-G-g-godzinę? - wyjąkałem zszokowany.
Przytaknął skinieniem głowy.
-Przecież byłem tam co najwyżej kilkanaście minut! - stwierdziłem zbulwersowany
-No nie wydaję mi się - stwierdził kwaśno i ręką wskazał okno, za którym rozciągał się blask pomarańczowego, popołudniowego słońca - Jest dobrze po czternastej.
Kolejny raz nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Bo kolejny raz zaskoczył mnie tym, co mi oznajmił.
-Co ty tam robiłeś tyle czasu? - spytał, przerywając niezręczną ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu.
-Nic... Ja nie wiem jak to się... - zacząłem się tłumaczyć, jak pięcioletnie dziecko.
-Jak to nic?! - ryknął już mocno rozzłoszczony - Chłopie! Byłeś w luce pomiędzy wymiarami ponad godzinę! Przecież wiesz, czym to grozi!
Już miałem, znów zacząć się tłumaczyć, jednak rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę. - powiedziałem
Do komnaty wszedł jeden z moich strażników. Skłonił się najpierw mi, a potem Ermyrowi.
- Panie. - zwrócił się do mnie.
-Tak?
- Sułtan się niecierpliwi. Pragnie się z tobą jak najszybciej spotkać, Wasza Wysokość.
-Hmm. Dobrze, przekaż mu wiadomość, że stawię się u niego najszybciej, jak będę mógł.
Strażnik skłonił mi się powtórnie i zgięty w pół wyszedł tyłem z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi.
Ermyr znów rzucił mi gniewne spojrzenie.
-Rozmowę dokończymy później. A teraz idź się przebierz i ruszamy do pałacu. - powiedział i ostentacyjnie wyszedł, znów trzaskając drzwiami.

***

   W jednej z bocznych komnat biblioteki w Arnavie znalazłem dla siebie nowe ubrania. Po przebraniu się zszedłem na dół i dołączyłem do reszty mojej świty. Wziąłem Alessandrę pod rękę i ruszyliśmy w stronę wyjścia z budynku.
-Martwiliśmy się o ciebie - powiedziała po wyjściu na ulicę. - Ermyr jest na ciebie wściekły.
-Zauważyłem to... - stwierdziłem kwaśno.
- Nie o to chodzi... Po prostu chcemy wiedzieć, czemu tak długo tam przebywałeś. Przecież wiesz, jakie mogą być tego konsekwencje. - spojrzała na mnie swoim zdecydowanym wzrokiem, któremu z trudem się oparłem.
- Ja naprawdę nie wiem, czemu to tyle trwało. Myślałem... ba! Ja byłem pewien, że jestem tam co najwyżej kilkanaście minut. Zresztą mówiłem to już Ermyrowi...
-Czy wydarzyło się coś dziwnego... niepokojącego?
Przełknąłem ślinę i z trudem siląc się na opanowany ton. odpowiedziałem.
-Nie. A dlaczego pytasz?
Alessandra prychnęła.
-Nie chcesz, to nie mów, Kacper. Ale dobrze wiesz, ż tym samym bardziej pogorszasz swoją sytuację.
Nie odpowiedziałem jej. Przez resztę drogi szliśmy w milczeniu.

***

   Arnava była bardzo okazałym miastem. Równiutko brukowane ulice, pięknie zdobione kamienice, śliczne parki i skwerki, monumentalne meczety. Wszystko było takie bogate...takie rześkie...
   Pałac Sułtana również był bardzo okazały. Oprócz marmuru wszechobecne wszędzie było również złoto, srebro oraz wszelkiego rodzaju kamienie szlachetne.
   Sułtan czekał na nas już na dolnym dziedzińcu. Był to krępy, mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Jego kruczoczarne włosy gdzieniegdzie urozmaicał siwy włos. Był ode mnie o głowę niższy. Jego brązowe oczy były szczere i śmiałe. Gdy zbliżyłem się do niego na odpowiednią odległość odezwałem się.
-Saladynie. - wyciągnąłem do niego dłoń w geście powitania. Jednak on zręcznie ją wyminął i rzucił mi się w objęcia. Po kilku mocnych klepnięciach mnie w plecy opamiętał się i odsunął się ode mnie na odpowiednią odległość, po czym uścisnął mi dłoń.
-Jak się cieszę, że cię widzę, Kacper! - stwierdził z uśmiechem - Rzeczywiście jesteś bardzo młody...A już masz na swoim koncie tyle sukcesów... Będzie z ciebie wielki władca - dodał z uznaniem. Ręką wskazał pałac. Zrozumiałem, że chodzi mu o to, by podążać za nim.
- Pozwolisz Kacper, że pominiemy kilka punktów Protokołu i przejdziemy od razu do sedna?
- Oczywiście - odpowiedziałem i zacząłem iść za gospodarzem.

=========================================

   Rozdział 32 oddaję w Wasze ręce ;) Piszcie w komentarzach Wasze opinie, odczucia... :) I jeszcze jedno... Napiszcie, proszę, czy podoba wam się to, gdy w rozdziałach jest dużo opisów, czy może wolicie "suche" dialogi? Czekam niecierpliwie na Wasze komentarze!
   Trzymajcie się i do następnego!

 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 31: Głos w ciemności.

   Przygotowania do przejścia przez portal zajęły nam dwa dni. Postanowiłem, że oprócz mnie, Ermyra i Alessandry do Arnavy pojedzie również dwa tuziny moich najlepszych, pałacowych strażników. Po zakończeniu przygotowań udaliśmy się do Wielkiej Biblioteki, znajdującej się nieopodal Uniwersytetu Magii i Czarnoksięstwa w Oxenfurcie.
   Wielka Biblioteka nie od parady została nazwana "wielką". Była to ogromna, monumentalna budowla z białego elfiego kamienia. Frontową ścianę budynku zdobiły liczne płaskorzeźby, wykonane ze złota. Budynek składał się z trzech, wysokich pięter, które w całości zagospodarowane były na miejsce dla różnojakich ksiąg, podręczników, magicznych traktatów, a nawet planów miast i państw. Ksiąg starszych, właściwie starożytnych i tych nieco młodszych było pełno, walały się na półkach, na podłodze, na ogromnych stołach w czytelni.
   Wchodząc na trzecie piętro, po drodze zostaliśmy obdarzani ciekawskimi spojrzeniami pracowników i gości biblioteki. Jednak nikt nie śmiał przeszkadzać królowi i jego świcie.
   Portal znajdował się w jednym z najdalszych zakątków biblioteki, w dużym kwadratowym pomieszczeniu na trzecim piętrze. Chociaż komnata była ogromna, to nie było w niej ciemno, bo do środka wpadało bardzo dużo światła, przez okna sięgające od sufitu do podłogi. Na podłodze nie było dywanu. Ale wcale nie wydawała się pusta, bo posadzka zdobiona była w skomplikowane, bazaltowe wzory, które ciągnęły się od samych  drzwi aż do portalu. Wśród zawiłości wzorów zauważyłem zdanie, które przykuło moją uwagę. Dużymi, czarnymi literami na podłodze było napisane jedno zdanie w języku magii:



"Si terminum temporis et loco violare, mittatur in profundum laci."

   Tak samo tutaj, jak i w innych zakątkach biblioteki, na podłodze, pod ścianami walały się różne księgi. Skierowałem się w stronę jednego ze stosów opasłych tomiszczy.  Wziąłem jedną z nich i strzepnąłem kurz ze starej okładki. Moim oczom ukazał się pisany jeszcze ręcznie tytuł: "Elfy, Niziołki i inni podludzie". Sceptycznie otworzyłem dosyć grubawę księgę na losowej stronie. Moim oczom ukazał się wywód , w którym autor obwinia Krasnoludy (zwane tutaj Niziołkami, co wyczytałem z kontekstu) między innymi o paranie się czarną magią, wywoływanie klęsk żywiołowych i epidemii oraz inne wszelakie nieszczęścia. Moją uwagę przykuło jedno ze zdań: "Jeśli w sąsiedztwie twoim Niziołek jaki mieszka, nie dziw się tedy, że mleko rano zsiadłe zastaniesz" Po przeczytaniu kilka razy tegoż zdania, stwierdziłem z powagą, że większych zabobonów świat nie widział. Wróciłem na początek księgi i spojrzałem na datę: 23r.EL. To wiele wyjaśniało. Dzieło wydano w czasach masowego pogromu wszystkich Nieludzi, do którego doszło po przejęciu władzy w Arladii przez Ludzi, którzy inne rasy zepchnęli w góry i do lasów, a tych którzy zostali zamykali w gettach i obozach, przyczyniając się prawie że do śmierci ich populacji, która praktycznie cudem ostała się w kilku enklawach, których broniła zaciekle.
   Odłożyłem przesiąkniętą zabobonami księgę i do ręki wziąłem kolejną. Po strzepnięciu kurzu ujrzałem litery tytułu : "Podróże Mistrza El Predy". Książka była dziełem średniej długości. Otworzyłem ją na losowej stronie i zacząłem czytać.

13 października roku 824
.
   W końcu dotarłem do krainy, o której mówili Beduini. Ludzie przyjęli mnie tutaj całkiem przyjaźnie. Jednak z większąścią z nich nie mogłem się porozumieć, bo rozmawiali dziwnym i niezrozumiałym dla mnie językiem. A ci, którzy znali arladzki mówili z dziwnym, obcym dla mnie akcentem.
   Mieszkańcy tej krainy mieli odmienny od naszego wygląd. Oprócz ciemnej karnacji, bardzo charakterystycznąrzeczą dla ich wyglądu są nieco skośne oczy. Mimo tego większość z nich nosi kruczoczarne włosy.
   Przebywając u nich miesiąc zdołałem dosyć dobrze poznać ich kulturę i obyczaje. Mają w zwyczaju brać sobie po kilka żon. A oprócz tego bardzo rozwinięte było niewolnictwo. Niewolnicy byli ludźmi pozbawionymi jakichkolwiek praw, często mieli ucinane języki, a pracowali niemal nago, nosząc tylko skąpe tuniki.
   Piszę to, będąc w gościnie u Bedulinów. Dopadła mnie nieznana mi dotąd choroba. Towarzyszy jej wysoka gorączka i częste zawroty głowy, oprócz tego bardzo silny kaszel i częste wymioty. Jestem wyczeńczony. Często w nocy budzę się dławiąc się krwią. Magia ani moja ani Bedulińska nic nie może zdziałąć, ale stary znachor chyba znalazł sposób..

-Kacper! - z czytania wyrwał mnie głos Ermyra - Już prawie gotowe, chodź tu. - Elf stał przy portalu, który zaczynał świecić się na niebiesko.
Portal był to kamenny łuk wsparty na dwóch srebrnych kolumnach. Na całej jego długości wygrawerowany były "magiczne słowa". Z tego, co słyszałem, to aby przenieść się w inne miejsce wystarczy przez niego przejść.
-Już idę! - odkrzyknąłem i odłożyłem książkę tam, skąd ją wziąłem.
Podeszłem do stojących przy portalu ludzi. Wśród nich, oprócz Ermyra, byłą także Alessandra. Gdy do nich potrzedłem czarodziejka złapała mnie za rękaw.
-Boisz się? - spytała z nieudawaną troską w głosie
-Trochę - odparłem wymijająco
-Zupełnie nie potrzebnie - stwierdziła.
-Wiem...
-Ale posłucha mnie, dobrze - jej ton głosu zmienił się z troskliwego na zupełnie poważny - obiecaj mi, że nie ważne, co ujrzysz w Portalu, nie posłuchasz tego?
Nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć. Zaskoczyła mnie tym, co powiedziała.
-Obiecasz mi? - nalegała z nutką strachu w głosie
-Obiecuję - odparłem mechanicznie.
Spojrzała na mnie z ulgą, ale nic nie odpowiedziała.
-No, wszystko gotowe! - powiedział radośnie Ermyr - kierunek Arnava!

Ustawiliśmy się w kolejkę: Ermyr, ja, Alessandra i żołnierze. Najpierw do portalu wszedł elf. Gdy do niego wchodził pokój ogarnął oślepiający blask. Nastąpiła moja kolej. Zrobiłem krok do przodu. Potem drugi, trzeci i tak dalej, aż stanąłem przed portalem. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do Portalu. Zalała mnie wszechogarniająca fala ciemności. A w ciemności usłyszałem głos.
-Kacper! To ja! Kochanie! - krzyczał płaczliwie Głos.
Był to głos Magdy.

===================================
   Przepraszam, że dawno nie było rozdziału, ale miały miejsce pewne problemy techniczne. Ale już jest ;) Miłego czytania i do następnego! ;D


niedziela, 5 kwietnia 2015

WIELKANOCNE ŻYCZENIA

Wszystkim czytelnikom "History of my life" z okazji Zmartwychwstania Pańskiego życzę:
Wesołego Alleluja oraz:

Kolorowych jajeczek,
rozczochranych owieczek ,
rozkicanych króliczków,
Pyszności w koszyku,

a przede wszystkim mokrego ubrania,
w dniu Wielkiego Lania!

~Krystix.